WHO ostrzega

42860152_106712136916045_4987023511072538624_n

Dzisiaj wpis z nieco innej beczki, co ważne jest on związany z czymś, co wielu z nas- dorosłych; mam nadzieję, że tylko dorosłych 🙂 ; spożywa. Mianowicie, rozchodzi się o alkohol. Kwestia mojej własnej zgody, bądź jej braku związana proponowanymi zmianami nie ma tu dużego znaczenia.

Zaczynając od początku

Polska jest znana z tego, że pije się dużo. Niemniej jednak, spoglądając na nawyki związane z zakupami przed świętami można odnieść wrażenie, że jednak nie. Nie jesteśmy najgorsi i mimo, że u nas spożywa się alkohole mocne, takie z temperamentem, to przypominam sobie czasy przedświątecznych zakupów w Irlandii. Trzeba przyznać, że Ci to mają rozmach. Koszyki uginają się od win wszelkiej maści, whiskey i piwa, a u nas? Skromniej, za to mocniej, wszak toczące się po taśmie sklepowej flaszki to tylko 2, 3, ewentualnie 7 butelek wódy nie sprawiają takiego wrażenia jak kilka 6-paków wina, kilka spaw piwa i może 4, czy 5 butelek whiskey.  To, że uważam, że w naszym kraju spożywa się coraz mniej mocnego alkoholu, a wraz za mną toczą się statystyki mówiące, że przestawiamy się na alkohole słabsze, czego doskonałym symbolem są znane w całej Polsce krafciki. Bo trzeba być głupim, żeby pić hektolitry masowo produkowanego piwa, zamiast jednego (bo drogi) krafcika. Ale wracając do tematu, który jest niezwykle ważny i na prawdę skłania do refleksji i nie udając, że spożywanie słabszych alkoholi nie stanowi problemu- przejdźmy do meritum.

Dokument

Światowa Organizacja Zdrowia wystosowała raport, w którym poruszany jest temat alkoholu i zagrożeń, jakie płyną z kolejnymi promilami we krwi. I nie, nie jest podane wprost, że po 1 głębszym jest fajnie, a po 15 trudno się chodzi.

Alkohol, jak wszystko inne w nadmiarze ma swoje skutki uboczne i może stwarzać niebezpieczeństwo. Według statystyk, jakie podaje WHO, co 6 minut umiera jedna osoba wskutek negatywnych skutków działania alkoholu. Do tych skutków należy zaliczyć, między innymi:

  • 11% nowotworów jelita grubego,
  • 13% przypadków padaczki,
  • 18% wszystkich samobójstw,
  • 26% zapaleń trzustki,
  • 27% obrażeń wskutek wypadków drogowych,
  • 48% marskości wątroby

Przytoczone przeze mnie skutki, to nie wszystko, zachęcam więc do zapoznania się grafiką, jaka została stworzona przez WHO. Znajdziecie ją o tutaj, na fanpage’u kampanii WUModa na zdrowie, Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Rozwiązanie problemu

Światowa Organizacja Zdrowia wysuwa również propozycje, nawiązujące do przeciwdziałania zaistniałej sytuacji. Za najlepsze i najważniejsze punkty przeciwdziałania negatywnym skutkom alkoholu WHO uważa regulacje obrotu alkoholem, wprowadzenie restrykcji, bądź zakazanie reklamowania alkoholu oraz podniesienie cen alkoholu. W drugiej kolejności, według WHO należy skoncentrować się na zapobieganiu i leczeniu zaburzeń spowodowanych spożywaniem alkoholu, zwiększenie świadomości społeczeństwa, wspomaganie akcji związanych z zapobieganiem i zmniejszeniem negatywnych skutków alkoholu. Za istotny punkt warto również uznać to, że WHO chce zapewnić konsumentom informacje na opakowaniach alkoholu, uregulować nieformalnie produkowany alkohol i rozwinąć system inwigilacji konsumpcji alkoholu w zakresie skutków zdrowotnych i prawa.

Moja opinia

Wszystko fajnie, pięknie, bo alkohol; szczególnie spożywany w nadmiarze- stanowi zagrożenie nie tylko dla samego nadużywającego ale dla tych, którzy są w pobliżu. Mam na myśli współuzależnienie, przemoc i problemy związane z uzależnieniem. Z drugiej strony, nie do końca rozumiem wszystkie proponowane kroki. Zacznę od tego, że plan podniesienia cen- w naszym kraju zapewne się sprawdzi, ale pamiętam analogiczną sytuację z Irlandii. I wiecie co? W sumie niewiele się zmieniło, bo ludzie przestawili się… na tańsze alkohole. Zaobserwowałam także, że ruszyła i całkiem nieźle się ma produkcja alkoholu w domach. I nie mówię tu o całej populacji, bo wszystkich nie sprawdziłam, ale o wielu osobach, które miałam w swoim otoczeniu. Zwiększyła się także ilość alkoholi kupowanych na wakacjach, w miejscach, gdzie jest on tańszy. Wiecie,o co chodzi? Pracujecie ciężko, żeby jechać na wakacje i najlepszym suwenirem jest butelka Irlandzkiej whiskey, która miejscu Waszego wypoczynku kosztuje połowę tego, co w miejscu Waszego zamieszkania. Więc, nie do końca rozumiem to rozwiązanie.

Co do wpływu na zdrowie… Chyba wszyscy wiemy i nie jest to wiedza tajemna, że alkohol spożywany w niewielkich dawkach nie jest szkodliwy, a wręcz przeciwnie. Lampka dobrego, czerwonego wina jest źródłem przeciwutleniaczy, a sam alkohol ma korzystny wpływ na układ krążenia. I nie, nie chodzi mi o picie napojów alkoholowych litrami, ale o spożywanie niewielkich ilości od czasu do czasu, bo nie liczcie na to, że będę polecała spożywanie alkoholu regularnie, a co gorsza codziennie!

Informacje na opakowaniach, w których alkohol kupujemy- jasne! Jestem ZA i podpisuję się pod tym, czym się tylko da! Jedna ważna rzecz, którą mam tutaj do powiedzenia, to nie chcę, żeby opakowania przypominały niektóre pokarmy, bo skończy się to katastrofą. Fajnie, żeby informacje do których zobowiązane zostaną firmy je produkujące, nie zrobiły z etykiet nieczytelnych tworów, zakrytych wszystkimi wymaganymi informacjami.

Restrykcje związane z reklamowaniem alkoholu w środkach masowego przekazu jest pewnego rodzaju rozwiązaniem, które może przynieść pozytywne skutki, z czym się mogę zgodzić. Niemniej jednak, tak jak zakaz reklam wyrobów tytoniowych nie spowodował, że ludzie nie przestali palić, tak alkoholu spożywać nie przestaną. Jasne, jest szansa, że ilość spożywanego alkoholu się zmniejszy i to byłoby bardzo korzystne dla nas wszystkich.

Podsumowując

Najważniejsze wnioski już przedstawiłam, więc sumienie mam czyste. Mówiąc już całkowicie na koniec- zapraszam do zapoznania się ze źródłem, akcje związane z ograniczeniem i przeciwdziałaniem nadmiernemu spożywaniu alkoholu i jego skutkom będę wspierać, ale jedna rzecz jest ważna- zbyt radykalne restrykcje nigdy nie kończą się dobrze, bo mimo najlepszych ustaw i założeń- problem nadal istnieje. Zgadzam się z faktem, że należy walczyć o zmniejszenie zjawiska, ale wiecie- nie żyjemy w PRL, że jak ustawa mówiła, że bezrobocia nie ma- to nie ma. 🙂

Alkohol mimo, ogromnej ilości zagrożeń, jakie ze sobą niesie, wniósł też trochę pozytywów do naszego życia i kultury, bo historia pamięta balety, na których można było załatwić więcej niż bez nich. Więc przeciwdziałajmy negatywnym skutkom i zjawiskom, ale róbmy to mądrze, dlatego w ramach podsumowania, podsumowania, które będzie już ostatecznym podsumowaniem- zarzucę Was cytatem Paracelsusa, a co!

„Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną, bo tylko dawka czyni truciznę”

Paracelsus- ojciec medycyny nowożytnej

Reklamy

Weź mi kup coś na odchudzanie… efekt placebo

20170406_154351

Jako, że mamy szczyt sezonu wakacyjnego i można by dojść do wniosku, że w sumie to w tym roku nie za bardzo jest sens się odchudzać, miałam nadzieję że wszelkiego rodzaju ciekawostki, nowości i najlepsze formuły wspomagające odchudzanie będziemy mieć za sobą. Ale NIEEEEEE!!! No źle myślałam, przyznaję się. Od wczoraj przyglądam się kolejnym postom na facebooku, które pokazują nam cudowny, najlepszy, najbardziej skuteczny i najfajniejszy… spray na odchudzanie. Czy to w ogóle może działać?

OK. teraz spróbujcie sobie wyobrazić, że dietetyk patrzy i nie do końca wierzy w to co widzi. Wiecie, spray odchudzający kiedyś kojarzył mi się z olejem w sprayu, który po pierwsze bardzo mi się podoba, bo można zastosować sobie niewielką ilość do smażenia i nie przelać. A po drugie wydaje mi się być bezpiecznym sposobem na utrzymanie niskiej ilości tłuszczu, która z pewnością podbija kaloryczność naleśników i innych placków, czy kurczaka. Tak wiem, pokazanie gif ze scenką sklepu Mango, byłoby tu idealnym rozwiązaniem, ale nie posiadam takiego gifa w swojej kolekcji. I tak mogłabym go ściągną, ale wiecie. Spray na odchudzanie to nie olej. I nie zrozumcie mnie źle, nie tylko ten spray jest super, hiper środkiem na odchudzanie. Takich produktów jest wiele, wiele więcej, a to tylko jeden z przykładów.

Wracając do naszego przykładu… Celem działania sprayu ma być hamowanie waszego apetytu i ja w tym momencie zgłaszam jedną uwagę. Trzeba odróżnić apetyt od łaknienia. Pamiętajcie, że apetyt to nic innego jak ochota na daną rzecz… Frytki, lody, czy czekoladę. Łaknienie– i to tutaj bardziej chodzi o to uczucie głodu, które możecie czuć nie jedząc przez pół dnia. Robi różnicę, co? Niby dwa słowa, niby niewielka różnica, a tu jednak… Można wmówić ludziom, że słowo oznaczające brak ochoty, można stosować wymiennie z brakiem głodu i ludzie kupią. I owszem, moglibyśmy się zastanawiać, czy w naszym języku potocznym apetyt nie jest usprawiedliwieniem do lekkiego, moim zdaniem fałszu płynącego z reklamy, bo cała skuteczność środka jest ciągłe podbijanie, a powtarzanie ile to można schudnąć, gdy stosuje się produkt, potęguje efekt. Taka moja opinia.

Składu nie będę omawiać bardzo dokładnie, bo wiele składników powtarza się przy suplementach na odchudzanie i moim zdaniem lepiej jeśli któregoś pięknego dnia opiszę wszystkie składnik po składniku. Chcę tylko zaznaczyć, że wartość naszej wiary w tego typu suplementy często działa lepiej niż sam suplement, suplementy jak na pewno wiecie nie przechodzą tak rzetelnych badań jak leki. I tutaj chciałabym podrzucić Wam inne sposoby na odchudzanie. Na rynku oprócz wspomnianego przeze mnie sprayu są również tabletki, syropki, maści, plasterki, żele do smarowania i inne folie do owijania sadełka. Moje zdanie jest takie, że jeśli  I takie działanie czegoś co w teorii nie powinno możemy sobie sprowadzić do efektu placebo, który to jest niesamowicie ciekawym zjawiskiem.

Pamiętajcie, że często samo stosowanie jakiegoś produktu, albo zabiegu i wszystkie okoliczności, które temu towarzyszą potrafią zadziałać na naszą psychikę. Chodzi tutaj głównie o emocje, stres i reakcje naszego układu nerwowego. Sam rytuał smarowania się wcześniej wymienionym kremem, czy żelem albo nawyk zażywania sprayu czy syropku może wywołać reakcje pochodzące z naszego organizmu. I o tyle o ile nie jest to może stres, przyspieszenie akcji serca i lęk przed ukłuciem, jaki może towarzyszyć w przypadku ukłucia- sam fakt wykonywania danej czynności będzie na nas działał, ponieważ nasze przekonanie o tym, że coś działa samo w sobie będzie taką samospełniającą się przepowiednią. Właśnie takie „leczenie pozorne”, jakim efekt placebo jest również określany sprawia, że nasze nadzieje i przekonania mogą stać się czymś, co przyjmujemy za realne działanie takich środków.

Ok, nie będę wjeżdżać na produkty typu- kup i chudnij, bo nie to było moim celem, ale chcę żebyście zapamiętali z tego posta jedną, moim zdaniem bardzo ważną rzecz. W wielu miejscach możemy kupić wszelkiej maści środki wspomagające odchudzanie. Istotne jest to, czy na prawdę wierzymy w ich działanie, bo wiara; jak już wiecie; czyni cuda i równie dobrze, działać może dieta kolczykowa o której już pisałam tutaj  🙂 Do następnego 🙂

Napój na miarę diety

blogassssek

O napojach już na tym blogu było. Ten wpis znajdziecie o tutaj, napisany przez Justynę którą poznałam na studiach. Na temat napoju, soku, wody… czy jak to nazwać- w sumie nazywanie tego produktu wodą nie wypali, bo woda nie ma zapachu, barwy, smaku i nie dostarcza energii. Dobra, ale jak to się stało, że piszę o tym… napoju? Cóż zachęciła mnie reklama- do opisania, nie spożywania owego napoju. Dlaczego? Bo nie przywykłam do nazywania kolorowego, smakowego napoju wodą.

Na wstępie muszę zaznaczyć, że nie zdziwił mnie fakt samej reklamy w telewizji, bo reklamą jesteśmy bombardowani z każdej strony, ale doznałam szoku, widząc coś, co moim zdaniem jest reklamowane jako woda- wszak H2O (nawet z końcówką woc) kojarzy nam się raczej z chemią i jednym z pierwszych wzorów do zakucia, niż sokiem rozpuszczonym w wodzie. Sama reklama jest dość skromna, jak na realia niektórych produktów, bo nie oszukujmy się… Tło podzielone na dwie części ma za zadanie uświadomić nasze cenne mózgi o tym, że na prawdę to tylko woda i sok i to się sprawdza świetnie. W tej kwestii nie mam nic więcej do dodania.

To, co moim zdaniem jest tutaj interesujące, to połączenie wzoru sumarycznego wody i wyrazu owoc, które moim zdaniem może nam dać wyobrażenie wiązania się dwóch związków chemicznych. I nie zrozumcie mnie źle, wszystko co nas otacza jest chemią, nawet my sami nie istnieli byśmy, gdyby pierwiastki nie łączyły się w związki chemiczne, natomiast to chyba ten bodziec sprawił, że ów napój kupiłam. Z czystej ciekawości. Chciałam sprawdzić skład, czy aby na pewno jest taki, jak bym sobie to wyobrażała po obejrzeniu reklamy. Dlaczego? Bo po sugestiach dotyczących wiązań chemicznych myślałam, że skład jej… mówiąc delikatnie mało naturalny. I nie, nie jest to reklama, a ja nie będę Wam zachwalać napoju, jako remedium na całe zło.

Reklamodawca bardzo podkreśla brak dodatkowych słodzików, brak konserwantów i brak jakiegokolwiek składnika poza wodą i owocami (dokładniej sokami owocowymi). Czy tak jest w rzeczywistości? Cóż, skoro kupiłam już napój- nie odpuszczę omówienia składu 🙂

Na etykiecie znajdziemy napis, że jest to właśnie napój- a nie woda z sokiem owocowym; jak nazwali to reklamodawcy. Co następne nam się ukazuje E. Nie takie znowu zwykłe E, jak przy opisie bakterii 🙂 czy dodatkowych składników- jak E 621, którego bym się nie spodziewała w tym napoju, dlaczego? Bo glutaminianu sodu raczej bym się spodziewała w produktach z proszku, o których też już było. W taki razie, co to za magiczne „E”? Witamina E, która jest silnym przeciwutleniaczem. Czy to dobrze, czy to źle- nie wiem. Często jest tak, że produkty są fortyfikowane w składniki. Np. sól jest jodowana, czy płatki śniadaniowe wzbogacane w żelazo 😀 Moim zdaniem jednak, osoba spożywająca dietę różnorodną w produkty, nie powinna mieć niedoborów witaminy E.

Co do samej listy składników w tym produkcie… jak w reklamie. Woda, soki owocowe i witamina, o której wspomniałam wyżej. Nie wiem na ile jest to zgodne z prawdą- a bywam podejrzliwa 😀 W związku z tym postanowiłam sprawdzić tabelkę z wartością odżywczą. I co? Niby nie ma niespodzianek-  21 kcal w 100 ml produktu- jak sok rozcieńczony z wodą 😉 Białka i tłuszczu- szukać na daremno, więc mój wzrok przeniósł się od razu na zawartość węglowodanów, w tym cukru. Niby zaskoczenia nie było- wszystkie węglowodany to cukier (choć nie tylko sama sacharoza, bo węglowodanów jest więcej- w skład tej bogatej grupy należą również tzw. oligosacharydy; o nich kiedyś opowiem), cukier to węglowodany… te klimaty, a jednak! Przypomniałam sobie, że jakiś czas temu piłam Sprite- tak zdarza mi się sięgnąć po dietetyczne zło. I co? Różnica w kcal na 100 ml= 4, Sprite ma więcej, w cukrze? 0,9 g. Wiecie co to oznacza? :O

Kończąc ten post, chcę żebyście wiedzieli, że to nie jest tak, że polecam Sprite, bo różnica w cukrze nie jest duża. Wiecie, sprawa jest taka że w owym limonkowo- cytrynowym napoju z bąbelkami składniki już nie brzmią tak cudownie, jak w przypadku napoju z reklamy, którą przed chwilą opisałam. To co tutaj jest ważne, to na pewno fakt że zdziwiłam się krótkim składem i brakiem konserwantów. Jeśli faktycznie skład wygląda tak, jak jest to zapowiadane w reklamie- nie ma dodanego cukru, substancji słodzących, konserwantów i barwników- GIT. Jedno mnie zastanawia- co jest w tych sokach z koncentratu 😀 I tutaj albo działa mój szósty zmysł, albo zboczenie zawodowe, które przy napojach Coca-Coli jest uśpione, bo wie że spożywam syf. Wiecie, dlaczego tak uważam? Produkt ma dość długą datę przydatności do spożycia, co oznacza nie mniej nie więcej, że jeśli nie był pasteryzowany- to by tyle nie przetrzymał, a jeśli był… to świetna wiadomość, bo pasteryzacja jest na prawdę świetną metodą konserwacji żywności, jakkolwiek to brzmi.

A tak całkiem serio- na opakowaniu brakuje mi informacji na temat tego, w jaki sposób zabezpieczono taki produkt przed działaniem drobnoustrojów. I to nie jest żart. Spróbujcie wycisnąć sok z pomarańczy, rozcieńczyć z wodą i potrzymać pół roku w ciemnym miejscu, w jakimś opakowaniu. Byle to nie była lodówka, chociaż… przy tak długim czasie trzymania czegoś w zamknięciu- temperatura nie gra tak dużej roli. Ja tymczasem będę się zastanawiać nad tym, czy producenci nie wyszliby na plus dodając na opakowaniu zapis o metodzie zabezpieczenia produktu przed psuciem.

O Wielkanocnych jajcach

20160322_135924.png

Wielkanoc to zdecydowanie jajcarskie święto w naszej tradycji i kulturze. To, co mogę powiedzieć o jajkach, to; oprócz głupiej diety jajecznej, której celem jest szybkie zjechanie z kilogramów na trzy dni przed sezonem bikini; to na pewno fakt, że są świetnym źródłem łatwo przyswajalnego białka (ba! białko jaja jest uważane przez dietetyków za białko wzorcowe, bo zawiera idealnie dobrane aminokwasy, których potrzebujemy), cholesterolu (mimo mojego demonizowania go w poprzednim poście- nie jest tak źle, szczerze mówiąc dieta jajeczna jest jednym z głupszych wymysłów, bo jest przede wszystkim… MONOTONNA!, a to jest bardziej szkodliwe niż trochę za duża ilość cholesterolu w diecie). Jajka są źródłem składników mineralnych i witamin i właśnie o tym, co jest w jajkach będzie ten post!

Kilokalorie 

Jajka nie są kaloryczne, bo jedno jajko to ok. 80 kcal (w zależności od tabel te wartości mogą się różnić). Warto je jednak spożywać nie tylko podczas odchudzania.

Białko

Jak wspominałam wcześniej, białko jaja jest uważane za białko wzorcowe, ze względu na zawartość tych aminokwasów, które musimy sobie dostarczać z dietą. Warto zauważyć, że jedno jajko zawiera ok. 6 gramów białka i co ciekawe- to żółtko będzie mieć więcej białka 🙂

Tłuszcze 

Jajko, głównie żółtko jest świetnym źródłem nie tylko białka, ale i tłuszczu. Jedno jajko to ok. 5 gram tłuszczu. W jajcu przeważają tłuszcze nasycone i jednonienasycone. Pragnę tylko zauważyć, że te różnice liczbowe nie są jakość szczególnie duże, dlatego nie będziemy się wgłębiać w liczby. Tłuszcze wielonienasycone (w tym omega 3 i omega 6), również nie są w jajkach nieobecne. To dobrze, nawet bardzo 🙂 Takie jajko zawiera też niewielką ilość kwasów tłuszczowych trans, ale na prawdę nie jest ich wiele i cholesterol, tego jest niestety trochę dużo. Niemniej jednak, osoby zdrowe nie muszą się zbytnio martwić o tę ilość cholesterolu i nawet przy spożyciu jajecznicy, albo kilku jajek w święta nie ma co się martwić.

Węglowodany i błonnik

W jajku są śladowe ilości węglowodanów, ale jest to na prawdę niewielka ilość, więc nie o węglowodanach tutaj będziemy mówić.

Jako, że jajka są produktami pochodzenia zwierzęcego, nie spodziewajmy się w nich jakichkolwiek ilości błonnika.

Składniki mineralne

Jajka to na prawdę fajne źródło składników mineralnych. Znajdziemy w nich wapń, fosfor, żelazo, cynk, potas, sód i magnez.

Witaminy

W jajkach spodziewamy się witamin rozpuszczalnych w tłuszczach. I bardzo dobrze! Nie zapominajmy jednak, że w jajkach znajdziemy też witaminy z grupy B i kwas foliowy, również zaliczany do witamin z grupy B (dokładniej witamina B9).

Dlaczego w poście o diecie jajecznej, napisałam że jest to głupota, skoro jak widać, jajka są bogate w składniki, których potrzebujemy, a cholesterolu nie jest w nich wcale tak wiele i osoby zdrowe nie muszą się go bać? Czy mam zamiar sobie przeczyć? Nie, ale pamiętajmy, że wszystko, co jest bardzo monotonne- nie będzie dla nas korzystne. Moją propozycją na zachowanie zasad zdrowego żywienia jest przede wszystkim zdrowy rozsądek i nie popadanie ze skrajności w skrajność. Dlaczego? Bo afery żywieniowe dotyczą chyba wszystkich produktów dostępnych na rynku i nie trzeba szukać spisków. 🙂

Chciałabym wszystkim życzyć wesołych i spokojnych Świąt Wielkanocnych oraz przyjemności ze spożywania świątecznych potraw. 🙂 🙂

 

Dieta Tłusto- Czwartkowa

20180208_122548.png

Nienażarta Niedziela to idealne miejsce na opisanie odczuć dotyczących diety, którą miałam okazję stosować, a że minęło już trochę czasu od Święta, którego na wyspach brytyjskich nie ma wśród rdzennych mieszkańców- można sobie na to pozwolić.

Niby można by takiego dietetyka linczować, ale hej! Blog jest prowadzony z przymrużeniem oka- to po pierwsze, a po drugie- dzięki Nienażartej Niedzieli, Wy nie musicie testować tych diet na sobie 😉 Dzisiejszy post koncentruje się bardziej na ocenie organoleptycznej i odczuciach niż merytorycznej ocenie wybranego jadłospisu, bo wątpię, żeby znalazła się osoba stosująca się do diety Tłusto- Czwartkowej na serio w celu odchudzania.

Drogi pamiętniczku!

Dzień zaczął się od puszystego, pełnego glutenu i miłości do słodyczy (a co myśleliście?! 😀 )- pączka. Ci, którzy śledzą fanpage na Fb wiedzą, że to właśnie dlatego pączka na zdjęciu nie uświadczycie. Był pyszny, tłuściutki i osłodził początek dnia. Nawet za bardzo! Chrupiąca warstwa wierzchnia, spowodowana smażeniem puszystego ciasta w głębokim tłuszczu, z góry polana lukrem i pokryta aromatyczną skórką pomarańczową kusiła odkąd przyniosłam ją z cukierni. Powiem wprost- to było idealne towarzystwo do porannej kawy!

Pamiętniczku, czy pozwoliłabym wszystkim na spożywanie glutenu, wysmażonego na złoty kolor? Rano? Raczej nie, tak duża dawka cukru spowodowała u mnie poczucie zasłodzenia na pierwszą połowę dnia i uczucie ciężkości, które nie opuszczało mnie do obiadu.

Drugie śniadanie pominęłam, bo smażyłam faworki, w niektórych kręgach zwane również chrustami. Co to dało? Tłusto- Czwartkowy obiad 😀

A więc, żeby było różnorodnie, na obiad spożyłam owe, glutenowe, faworki. Znowu porcja glutenu, w głębokim tłuszczu smażona, cukrem pudrem otoczona, serwowana z gorzką herbatą i dużą dozą kontroli nad wielkością porcji. Brzmi prawie jak oda do faworka- jasne! Tłusty czwartek jest raz w roku 😉

A teraz pora na podsumowanie, kolację spożyłam normalną, zdrową! Dlaczego? Bo mimo kontrolowania ilości spożytej energii i tłuszczu ze smażonych pyszności, czułam się ciężko przez większość dnia, a dieta którą wymyśliłam na potrzeby posta nie ma na celu promowania wszelkich firm specjalizujących się w cukiernictwie. Chociaż…? Hello! Gdzie mój przelew?! To co mogę powiedzieć na sam koniec, to pamiętajcie, że nawet na diecie odchudzającej możecie spokojnie świętować tłusty czwartek pączkiem, albo kilkoma faworkami, bo najważniejszy jest we wszystkim umiar, którym moim zdaniem cała dietetyka, nawet ta część- dotycząca żywienia osób zdrowych- się rządzi!

PS polecam się na przyszły rok! 😉

Arginina nie tylko na Walentynki

11088099_441106389381872_922598667_n

Dzisiaj Walentynki, nie żeby to święto było jakoś szczególnie istotne, ale na pewno może mieć wpływ na randkowanie i zaloty, a co za tym idzie- jest szansa na zwiększenie liczby Polaków 🙂 O i właśnie dlatego dzisiaj (nie tylko 🙂 ) o miłosnym wymiarze jedzenia 🙂 Poczytacie trochę o argininie.

Arginina to taki aminokwas, całkiem fajny, jak się zaraz dowiecie. Ale chwila, co to te aminokwasy i po kiego wała są one w jedzeniu? Odpowiedź jest dość prosta. To z nich zabudowane są białka, jak kulturysta z mięśni 😉 Ok o umięśnionych mężczyznach rozmyśla wiele kobiet- ale do celu.

Arginina działa podobnie do viagry, tak więc jak najbardziej nadaje się na bohatera dzisiejszego postu. Dlaczego? Bo są Walentynki, a arginina (jako źródło tlenku azotu) wpływa korzystnie na naczynia krwionośne- rozszerzając je, dzięki czemu krew lepiej dopływa sobie do części ciała. KAŻDEJ CZĘŚCI CIAŁA!!! Tak więc Drogie Panie- wiecie już, że arginina na kolację walentynkową jest jak najbardziej na plus 😉 chociaż ja tam radzę zażywać argininę regularnie. A znajduje się ona w tuńczyku, w czerwonym mięsie i jajach. W orzechach też, ale pamiętajcie, ze zbyt ciężkostrawny i tłusty posiłek będzie hamował jej wchłanianie.

Aminokwasy dzielimy na endogenne (produkowane przez nasz organizm) i egzogenne (czyli te, które musimy sobie dostarczyć z dietą). Arginina, a dorośli- funkcja numer 1- zdecydowanie nasz organizm sobie ją (w jelicie cienkim, z glutaminy i glutaminianu) syntetyzuje, u dzieci- trzeba dostarczyć z dietą. Dlaczego? Bo arginina nie służy tylko wyżej wymienionemu celowi 😉

Arginina zwiększa wielkość i aktywność grasicy, co wpływa na produkcję komórek T- limfocytów biorących udział w odporności organizmu- co jest dość istotne, ponieważ otaczają nas ogromne ilości drobnoustrojów i wiele z nich jest chorobotwórcza, a nasz organizm cały czas walczy o utrzymanie zdrowia 😛 A tak całkiem serio- limfocyty T dzielimy na pomocnicze (Th) i cytotoksyczne (Tc). Te pierwsze pobudzają pośrednio proces tworzenia się przeciwciał i są źródłem limfokin, które aktywują inne limfocyty. Te drugie (Tc) z kolei potrafią zabijać komórki nieprawidłowe. Aaaa byłabym zapomniała- mamy jeszcze komórki Ts, które regulują czynność Tc i Th 😉 Czyli jak widać, nasz aminokwas jest dość ważny, ale o odporności wystarczy na dziś. 🙂

Nasz dzisiejszy bohater jest substratem w syntezie kreatyny i karnityny- nie, nie chodzi o siłkę, a o to że są one wskaźnikami czynności nerek ;), co jeszcze kojarzy mi się z nerkami? Układ RAA (renina, angiotensyna, aldosteron), który odpowiada za utrzymanie prawidłowego ciśnienia krwi. W tym układzie nerki na samym początku produkują reninę, ta z kolei działa na białko produkowane przez wątrobę- angiotensynogen, ten zostaje przekształcony w angiotensynę I, a na nią działa konwertaza płucna (z płuc) i odszczepia fragment łańcucha białkowego- co będzie prowadziło do powstania angiotensyny II. Dzięki temu wzrasta nasze ciśnienie. Wiem, nie jest to jasne dla wszystkich, ale jak padnie ten układ to ciśnienie tętnicze też pada- tak najprościej mówiąc. A arginina sama w sobie ma wpływ na syntezę  tej ostatniej substancji- angiotensyny II (powoduje podniesienie ciśnienia), więc gdyby jej nie było mogłoby by być trudno o utrzymanie prawidłowego ciśnienia krwi.

Skoro już jesteśmy przy nadciśnieniu tętniczym- to myśli się o tym, aby argininę wykorzystać w jego leczeniu, z resztą nie tylko w nadciśnieniu. W Polsce wykorzystuje się ją przy ochronie wątroby i wspomaganiu jej funkcji. Mówi się też, że ten aminokwas może być wykorzystywany w leczeniu chorób układu krążenia, bo naukowcy uzyskiwali całkiem dobre wyniki.

Mówi się, że argininę można śmiało wykorzystać w leczeniu cukrzycy, bo jej niedobór może prowadzić do zaburzeń produkcji insuliny i tolerancji glukozy, ale sam mechanizm leczenia argininą nie został jeszcze poznany, ale na pewno warto prowadzić badania związane z udziałem argininy w leczeniu cukrzycy.

Z takich ciekawostek, mogę jeszcze Wam podpowiedzieć, że arginina dodawana do past do zębów, prawdopodobnie ma korzystny wpływ na nasze zęby, gdyż podobno dezaktywuje ona aktywację kwasów pochodnych z przetwarzania węglowodanów przez bakterie próchnicotwórcze- co oznacza, że może chronić nasze ząbki przez próchnicą.

PS a wiedzieliście, że arginina może poprawić i przyspieszyć działanie ibuprofenu? Tego popularnego niesteroidowego leku przeciwzapalnego? 🙂 Ale uwaga, bo NLPZ mają niezbyt korzystny wpływ na przewód pokarmowy 😛

PS na kolację walentynkową można zaserwować wołowinę po burgundzku, sałatkę nicejską, czy jakieś inne fajne danie 😉 Ważne jest nie tylko co jemy, ale też atmosfera, w jakiej ten posiłek spożyjemy 🙂

Odchudzanie potraw- hit czy kit

13815117_1378930932124137_1057359335_n

Jest lato, jest gorąco i aż nie chce się jeść. Nie będziemy pisać o tym, że regularne spożywanie posiłków uważamy za istotne, ale rozumiemy też że jak temperatura na zewnątrz przekracza pewne normy- odechciewa nam się jeść. Jak więc ładować białka, tłuszcze i węglowodany? Ciężko powiedzieć. U jednych sprawdzą się sałatki, u innych koktajle, a jeszcze inni zainteresują się przyjemnym letnim obiadkiem z warzyw, szczególnie tych sezonowych, popity kompotem. Nie będziemy Wam rzucać propozycji, bo każdy z nas ma swoje preferencje 😀.

Z naszego punktu widzenia ważne jest to, że latem często mamy ochotę odchudzać nasze potrawy, bo bardzo tłuste nie zawsze się sprawdza. Odchudzanie potraw zrób to sam! Mały poradnik dla tych, którzy chcą zmienić co nieco w diecie, niewielkim kosztem. Czy ma sens? O tyle, o ile samo odchudzenie potrawy nie jest niczym złym, tak schizowanie, że wszystko ma być odchudzone już dobre nie będzie. Ale do celu. Są produkty, które można zmienić w sposób mało dla nas inwazyjny.

Odchudzanie zupy (tak, czasem niektóre osoby odchudzają zupę) polega głównie na zaklepaniu jej jogurtem lub mlekiem, zamiast użycia śmietany. Częściowo się z tym zgadzamy, bo są osoby które do zaklepania jarzynowej używają kremówki, a można to zrobić śmietaną mniej tłustą, albo właśnie jogurtem. Jaki jest plus? Przy mleku smak nadal będzie delikatny, a jogurt świetnie się sprawdza zamiast kwaśnej śmietany. Czy widzimy w tym coś złego? Niekoniecznie, jogurtu możemy też użyć z powodzeniem przy gotowaniu sosu, chociaż nam sos grzybowy na śmietanie smakuje lepiej- i nie, nie zabije nas odrobina sosu śmietanowego, bo pamiętajcie, że na tym blogu raczej stawiamy na zdrowy rozsądek, a nie próba dziwnego dążenia do wyidealizowanych celów.

Mięso można odchudzić w bardzo prosty sposób i też bardzo intuicyjne wybierany przez osoby odchudzające się. Mięso gotujemy, albo grillujemy. Możemy też piec w folii, albo dusić w wywarze.

Węglowodany! Ludziom często się wydaje, że aby schudnąć węglowodanów się nie spożywa. Otóż to nie prawda i czasem naprawdę ciężko zrozumieć, że niektórzy odrzucają kaszę, makaron, ryż, czy ziemniaki (ok. Ziemniaki to sporny temat, ale wiecie- raz w tygodniu też się nic nie stanie, a do fasolki szparagowej, albo kalafiora nie ma nic lepszego niż ziemniaki z koperkiem). Dieta bez węglowodanów nie do końca ma sens. I żeby nie wypowiadać się stricte na temat samych węglowodanów, bo komentarzy byłoby co nie miara (a może to jednak dobry sposób na zdobycie fejmu? Nawet tego złego? 😀 ) wspomnimy Wam o tym, że źródła węglowodanów- kasza, ryż, makaron (ciemne oczywiście) i dobrej jakości chleb są też źródłem błonnika, który przy odchudzaniu jest jak najbardziej sprzyjający osiągnięciu celu. Błonnik jak wiadomo nie jest przez nas trawiony, bo sytuacja ma się tak, że nasz organizm nie ma enzymu rozkładającego błonnik. Wpływa za to korzystnie na pracę przewodu pokarmowego i przez to że pewne frakcje błonnika działają na jelita jak szczotka- czyści świetnie to, co bywa pomijane.

Jak węglowodany to i fruktoza, a jak fruktoza to i owoce. Owoców nie trzeba odchudzać, bo owszem cukier zawierają, ale są też źródłem błonnika i składników mineralnych. Polecamy jeść bez bitej śmietany i tony posypek- można uznać za odchudzone. Warto też pamiętać o tym, że lepiej zjeść umyte świeże owoce niż wypić sok.

Po owocach pora na warzywa. No tych gwiazd przedstawiać Wam nie będziemy. Świetne na surowo, gotowane, pieczone i z grilla. O a propos grilla. W sumie całkiem fajna aktywność uprawiana, jak na zewnątrz jest ciepło. Grillować trzeba umieć- o tym jeszcze kiedyś napiszemy 😀.

Orzechy, suszone owoce- co z nimi? W granicach rozsądku i też będzie ok. Orzechy, jako źródło składników mineralnych, białka roślinnego i tłuszczu roślinnego są fajną przekąską, co ważne żeby nie były obsypane panierką i solą- a naturalne. Naturalność zawsze się ceni, nie tylko w wyglądzie a i w diecie nie zaszkodzi. No i ilości- garść, a nie cała torba moi mili. Garść!

Ok. W skrócie- odchudzanie potraw najczęściej będzie tyczyć sosów i mięs, owoce dorzuciłyśmy w gratisie. Pamiętajcie, że wszystko jest ok, jeśli robimy to z głową i nie zawsze warto odchudzać wszystkiego. I jeszcze jedno- ryby gotowane też są spoko, pod warunkiem, że są dobrze przyprawione i ugotowane w sosie, bo naszym zdaniem gotowanie nieprzyprawionych ryb w wodzie można uznać za zbrodnię 😀 Wracając do meritum- i białka i tłuszcze i węglowodany są nam potrzebne, więc pamiętajmy o tym przy odchudzaniu potraw. Nie zawsze mniej znaczy więcej. Buziaki

Dlaczego poddajemy się dietom znalezionym w internecie

dobra fotka

Kiedy dzieci świętowały zakończenie roku szkolnego, sezon wakacyjny rozpoczął się na dobre. Warto przypomnieć sobie nie tylko same diety znalezione w Internecie, ale i sam mechanizm, jaki stoi za naszą gotowością do wypróbowania nowego znaleziska.

Nazwa niby się kiedyś obiła o uszy, niby dobrze znana, niby wiemy o co chodzi, ale nie potrafimy tego obejść. No właśnie konformizm. Co z nami jest nie teges, że dajemy się zamknąć w klatce z innymi? Czy ten sam mechanizm, który sprawia, że kupujemy określoną sukienkę, odpowiada za naszą dietę? Tak może być! Przecież konformizm oznacza, że podporządkowujemy się temu, co sądzi i jak postępuje grupa. Podporządkowanie w necie to rzecz powszednia. Kojarzycie najbardziej znane stronki w necie? Pewnie tak. Wiele osób na nie wchodzi, więc i my nie chcemy czuć się gorsi. I czytamy, czytamy i czytamy (ok. może bardziej przeglądamy!).

Z dietami jest podobnie. Czytanie o tym, że najnowsza dieta jest reklamowana przez kilka gwiazd i kilku celebrytów, a jak wiadomo- oni doskonale znają się na wszystkim! Nie chcemy wyjść na gorszych.

Kolejna sprawa! Spróbuj wejść człowieku do środowiska wegetarian, jako mięsożerca. Udało się? Brawo! Jeszcze Cię nie zagryźli. Wiadomo, że nie wszyscy wegetarianie to terroryści żywieniowi, ale jest pewna grupa, która znacznie się wyróżnia. I to oni budują wegetarianom czarny PR. Skąd to wiemy? Mamy znajome wegetarianki i wegetarian i ci nie plują nam w twarz na widok kurczaka w pojemniku, nie zrywają z nami kontaktu, bo jemy mięso i co ważne- nie krytykują nas, ani my ich 😀

Ok, ale wracając do dietkowania czyimś sposobem.  Jak ktoś nam poleca dietę, albo widzimy, że ta dieta działa na kogoś, kogo znamy- to oznacza jedno: dieta działa! To, co stosuje X jest super, bo jej/ jemu udało się schudnąć bez wysiłku, albo przy wysiłku niewielkim. Dlaczego tak jest? Dlatego, że lubimy rzeczy sprawdzone. Jak robimy pierogi- dzwonimy do babci, bo jej są najlepsze, jak grochówkę- do mamy, bo wychodzi idealna. No właśnie. Lubimy sięgać po sprawdzone rozwiązania, więc dlaczego z odchudzaniem ma być inaczej? Hmm… Może dlatego, że każdy z nas jest inny i jedna osoba świetnie będzie się czuła na kurczaku i twarogu, a druga przechodząc na wege. Jedna osoba świetnie odnajdzie się w gotowaniu wielokrotnie złożonych potraw, inna wybierze jogurt z płatkami owsianymi i mrożonymi owocami, bo szybko. Zawsze w gotowej diecie może znaleźć się coś, co utrudnia jej stosowanie. Pamiętajmy, że nie każdy z nas zje też rybę gotowaną w sosie cytrynowym, bo mimo że brzmi pysznie- są osoby, które ryby w ogóle nie zniosą.

Co więcej można powiedzieć? Mówi się, że tonący brzytwy się chwyta. Wyobraźcie sobie, że do dnia, w którym trzeba zaprezentować się nowej; szczuplejszej; odsłonie zostało niewiele czasu. Oznacza to, że będziemy szukać szybkich rozwiązań, a w necie jest wszystko. Nawet takie, które gwarantują zgubienie kilkunastu kilogramów w ciągu miesiąca. Wpadamy jak ryby w sieć rybacką i zastanawiamy się jaka to świetlana przyszłość nas czeka. A że internet to bardzo bogate miejsce- możemy wybierać jak w markecie. Patrzymy tylko co da nam szybsze, lepsze efekty, po czym decydujemy się na katowanie samej siebie w imię pięknej sylwetki. Co ciekawe, im mniej zdrowa dieta- tym więcej wychwalających komentarzy 😀 No cóż.

Przyczyn zapewne jest więcej, ale nie chcemy zanudzać Was tysiącem przyczyn, dla których decydujemy się na zastosowanie diet znalezionych w sieci. Jasne, być może część by Was bardzo zainteresowała, ale pamiętajmy, że raczej nikt z Was nie dotarłby do tego miejsca. J Pozdrawiamy Was cieplutko i życzymy nie złapania się w sieć katorżniczej diety. Zapraszamy do komentowania- może macie jakieś swoje przyczyny, dla których jesteście w stanie zdecydować się na diety znalezione w internecie.

Zioła

15979004_827934357344632_1734033499_n

Zdjęcie: Ewa Karasińska

Zioła tak po prostu to temat dzisiejszego posta. Trochę o historii, trochę o tym co mamy w kuchni. No cóż może kiedyś to będzie potężna seria 🙂

Od Sumerów, którzy dość chętnie korzystali z mięty, rumianku czy piołunu, przez średniowieczne stosy czarownic i trucizn, aż po dzisiejsze próby stosowania marihuany i czystka na wszelkie schorzenia tego świata. Jak to jest z tymi ziołami, warto czy nie warto? Jest sens? A może stosowanie leków galenowych (bo tak możemy nazwać napary, nalewki i mazidła) będzie nam szkodzić? No cóż to dość długi temat, ale zajmijmy się początkami leczenia chorób.

Ok. 5000 lat temu Sumerowie poznali lecznicze właściwości czosnku, mięty czy rumianku. Piołunu też używali, bo dlaczego by nie. Hmm, pewnie absynt pędzili, jak Polacy bimber. Na masową skalę znaczy 🙂 Później przyszedł czas na Hipokratesa, który bardzo ładnie opisał rośliny lecznicze w Corpus Hippocratium. Opisanych chwastów było ok. 200 i w sumie, jak na tamte czasy, to nauka całkiem prężnie się rozwijała, bo googla i wikipedzi jeszcze nie było.

Potem był Galen, ale ten to pojechał już ładnie, bo opisał takich roślin ok. 400 i dorzucił metody przygotowywania tychże roślinek jako formy leku. Jego przepiśnik zawierał sposoby przygotowania maceracji i nie, nie było to trzymanie zioła pod materacem, bo materace nie były wtedy jeszcze znane (chyba, chociaż? kto wie? meblami się nie zajmujemy 🙂 ). Maceracje to był wyciągi z ziół tworzone w temperaturze pokojowej. Galen proponował też soki, czy syropy, wyciągi, napary, czy odwary. W skrócie część z nich do dziś jest dostępna do użytku codziennego, więc Galena można uznać za takiego dobrego wujka dzisiejszych leków. Dopiero świat Arabski wprowadził tak lubianą przez nas destylację, ale Arabowie tworzyli już pigułki, olejki czy wody aromatyczne. I nie, nie wiemy czy charakterystycznie pachnąca woda brzozowa była przez nich używana 🙂 Ale tak serio, goździki, cynamon, czy imbir możemy zawdzięczać właśnie im.

Idąc dalej zaczynamy wkraczać już w zakony, bo to właśnie Benedyktyni uprawiali zioła i wytwarzali z nich wyciągi, maści i leczyli nimi ludzi. Dopiero później powstały pierwsze apteki i zielniki, wiedza na temat leczenia się rozpowszechniała, bo zielnik to nie było byle co. Wiecie, szacun na dzielni- te sprawy. A potem urodził się taki pan, Paracelsus, chciał on wyizolować z rośliny to, co leczy. Dzięki temu panu zaczęto, o wiele później, wybierać substancje leczące z roślin. Później za dalekimi wodami znaleziono zupełnie inne zioła i ziołolecznictwo się kręciło. Dzisiaj historia zatacza krąg i powoli ludzie odchodzą od farmakologii, a skłaniają się ku leczeniu naturalnymi metodami.

Nie zawsze jest to bezpieczne, bo zioła trzeba potrafić stosować i nie, nie chodzi o mega umiejętności polegające na zaparzeniu rumianku, czy mięty pieprzowej. Głównym niebezpieczeństwem są glikozydy nasercowe, których granica między dawką bezpieczną, a tą niebezpieczną jest bardzo cienka i łatwo z nimi przesadzić. Pamiętajmy, że nie wszystko co uważamy za dobrodziejstwo można stosować bezmyślnie.

Poza glikozydami, mamy jeszcze ziółka stosowane przez większość na co dzień. Mówimy tutaj o popularnej mięcie pieprzowej, którą chyba każdy ma gdzieś upchniętą w szafce kuchennej. Zawiera olejki eteryczne, które wspomagają trawienie po ciężkim posiłku i nie tylko. Działa w niestrawności i działa kojąco.

Miętę kojarzymy głównie z tego, że parzymy z niej herbatkę. Są zioła, które też są przez nas używane, a nie każdy kojarzy je z leczeniem dolegliwości. Do takich należy majeranek dodawany przez nas do potraw ciężkostrawnych, mięsnych. Majeranek dobrze się tam sprawdza, bo pobudza wydzielanie soku żołądkowego, przez co łatwiej trawi się to, co wcześniej było ciężkostrawne. I nie, nie oznacza to, że potrawa bo dodaniu majeranku będzie całkiem łatwostrawna J Majeranku można też używać przy przeziębieniu, bo to ziele, żeby nie napisać zioło; działa przeciwzapalnie i hamuje kaszel.

To tyle na dziś. Na pewno wrócimy kiedyś do opisania ziół nieco szerzej, bo to interesujący temat. I pamiętajcie- ten post nie jest po to, aby Was odwieść od stosowania ziół, ale pamiętajcie, że wszystko z głową.