Dlaczego nie robię zapasów w kuchni?

15979004_827934357344632_1734033499_n

Fotka mojej mamy 😉

Ostatnio coraz rzadziej zdarza mi się robić duże zakupy i upychać w szafkach kasze, ryże, makarony, mąki, płatki i inne takie. Sprawa jest dość prosta, na ogół po kupieniu dodatkowej kaszy, mąki albo płatków owsianych pojawiają się u mnie mole. I tak jest z reguły- nie ma dodatkowej paczki- nie ma moli, a jak się tylko pojawi łakomy kąsek, zjawiają się, żeby przejąć moją szafkę! Tak było też tydzień temu.

Spożywcze mendy pojawiły się nagle- wcześniej nie widziałam ani jednego, a jak już ujrzałam to wybijałam dzielnie całą chmarę, żeby ocalić choć jeden produkt. Chcę się dzisiaj z Wami podzielić działaniem mającym na celu wytępienie szkodników!

Zasada pierwsza- bądź bezwzględny, bo mole to nie tylko upierdliwe stworzenia, ale i ryzyko przeniesienia chorób ze szkodnika na człowieka. W takich sytuacjach nie należy lekceważyć bezpieczeństwa swojego i swojej rodziny, mimo że wybijanie sztuki po sztuce jest bardzo nieetyczne.

Zasada druga- wyjmij z szafki produkty spożywcze i zobacz dokładnie, czy mole nie zawiązał w nich swoich sieci, przekuwając każdy centymetr kwadratowy produktu w swoje imperium! To, co zostało przywłaszczone przez mole musi zostać wyrzucone!

Zasada trzecia- umyj dokładnie szafki, tak aby szkodniki nie mogły znaleźć miejsca dla siebie.

Zasada czwarta- jeśli możesz, przesyp pozostałe produkty do szczelnych opakowań i w taki sposób przechowuj je w szafce. Dlaczego? Bo molom trudniej się przebić przez słoik, niż przez plastikowy woreczek. Dla ułatwienia polecam pisanie markerem dat przydatności do spożycia na słoikach, które łatwo zmyć później żelem do dezynfekcji rąk i nanieść nowe, bardziej aktualne.

Zasada piąta- można stosować różne środki na mole, zakupione w sklepie. Można też zastosować zioła i przyprawy (mięta, lawenda, liść laurowy, wanilia), ocet jabłkowy (jako pułapka dla niesfornych osobników), czy tytoń, chociaż wersja z ziołami i przyprawami pachnie o wiele przyjemniej 😉

Stosujecie u siebie saszetki z ziołami, albo inną metodę na mole?

Reklamy

Ile trzeba zjeść, żeby przytyć w święta

 

11088099_441106389381872_922598667_n

W związku z tym, że Święta Wielkiejnocy zbliżają się do nas coraz większymi krokami, a okna dla Jezuska już dawno mamy umyte- możemy zacząć rozważać nad menu sprawiającym, że roztyjemy się w te święta. Wracając do tematu- ile trzeba zjeść, żeby przytyć w święta?

Odpowiadam.

Dużo obfitości, nawet bardzo dużo. Im więcej, tym lepiej. Całość skropić słoikiem majonezu na talerz deserowy jedzenia, a wszystko zagryźć babką i serniczkiem polanych równie obficie czekoladą albo lukrem. W zasadzie w święta dozwolone jest także popicie wszystkiego sowitą porcją syropu glukozowo- fruktozowego, a że świętować należy gorliwie- święta przeciągnąć na dwa kolejne miesiące

Taki mam przepis. Ewentualnie można schudnąć dietą Alleluja, której nie polecam 🙂

 

Smacznego jajka i wszystkiego dobrego z okazji Świąt Wielkiej nocy 🙂

„Pan tu nie stał”

20180208_122548

Będąc wczoraj w jednym z marketów na zakupach przekonałam się, że pewne nawyki w narodzie zostają na długo. A o co chodzi zapytacie? Już tłumaczę.

Stanęłam w kolejce do kasy z wypełnionym po brzegi koszykiem zakupów, wiedząc że czekają mnie odwiedziny w jeszcze jednym sklepie i stanie, w zwykle nie krótkiej kolejce. Za mną stanął Pan, a ja uczciwie poinformowałam, że skoczę jeszcze po jedną rzecz i zajmie mi to sekundkę. Pan przystał na moją propozycje, więc rzuciłam się w alejki po orzechy. To, co ujrzałam będąc na miejscu sprawiło, że osłupiałam.

Ale zacznę od początku. Ostatnio usłyszałam, że czekolada w połączeniu z bitą śmietaną i orzechami jest wskazana przy odchudzaniu, cóż… Jako dietetyk z wykształcenia i zamiłowania- „dziwny pomysł” stwierdziłam w myślach. Z drugiej strony; dieta paleo, posty warzywno- owocowe, witarianizm, weganizm, dieta z niskim IG, diety wysokotłuszczowe, wysokobiałkowe, niskowęglowodanowe to przeżytek, o dobrze ułożonej diecie odchudzającej już nie wspomnę, bo to dopiero NUDA!

Biorąc pod uwagę fakt, że dobre informacje dobrze się rozchodzą, ale niestety fakenews jest coraz częściej używany w odniesieniu do informacji zamieszczanych w internecie, nie sądziłam że ludzie tak prędko się o tym dowiedzą. W mojej ukochanej alejce z orzechami tłumy zabijały się o orzechy. Jako, że nie ukrywam swojego zawodu szastałam poradami dietetycznymi o orzechach na prawo i lewo. W zasadzie to spędziłam tam nieco więcej czasu niż planowałam, ale ok. Moi świeżo zebrani wyznawcy mogli posłuchać o tym, że orzechy to teoretycznie dobre źródło argininy, ale ze względu na zawartość tłuszczu, arginina średnio się z nich wchłania. Opowiadałam o bogactwie składników mineralnych, jakie owe orzechy w sobie kryją i o tym, że przy odchudzaniu można od razu dietę czekoladowo- orzechowo- śmietanową wzbogacić w termogeniki zawarte w przyprawach ostrej, przepysznej skorupce i przyspieszyć efekty odchudzania.

Dodawałam również, że wybieranie białej czekolady będzie miało mniej sensu, niż mlecznej, bo mleczna lepiej smakuje z orzechami, bo z bitą śmietaną smakuje wiele rzeczy, a z dietetycznego punktu widzenia połączenie białka z orzechów, tłuszczu mlecznego i cukru z czekolady uzyskamy bardzo zbilansowany posiłek.

Nie mogłam także odmówić pytań o warzywach. Najlepiej z czekoladą, orzechami i śmietaną łączy się najlepiej chipsy solone, więc wiecie… No chyba, że ktoś chciał przyspieszyć efekt WOW wywołany dietą- wtedy należało wybrać (ZGADLIŚCIE!) te pikantne, tak jak orzechy.

Ale wracając do końca, bo ze swoje doradczego raju musiałam w końcu wrócić do kasy. O orzechach zapomniałam, a moją kolejkę zajął Pan, który zgodził się na przypilnowanie mi miejsca

-„Pan tu nie stał!”- krzyknęłam

– „Chyba Pani żartuje”- odparł Dżentelmen.

Wycofałam się cichutko i uznałam, że pewne nawyki zostają w narodzie bardzo długo.

 

PS. Dzisiaj jest 1. kwietnia, a to był żart.

PSS Nie odchudzajcie się czekoladą, nawet tą z chilli, orzechami, czy śmietaną.

Do następnego! 🙂

Wspomnienie z 2015 roku

zdjecie na db

Niedawno, w związku z ustawą o podatku cukrowym, przypomniała mi się ustawa związana ze sprzedażą słodyczy w sklepikach szkolnych. Wielu moich znajomych zna moje podejście do żywienia, a jest ono dość luźne, tak więc dzisiaj postanowiłam wkleić Wam post z jednego z moich starych blogów. Dlaczego wklejam? Żebyście nie mieli potrzeby szukać, bo na tamtym blogu w zasadzie nic nie ma 🙂 Natomiast po pobycie w Irlandii i obserwacji tego, co się dzieje po wprowadzeniu sugar tax, pomyślałam że będzie to fajny początek dyskusji i okazja do przybliżenia Wam mojego zdania na temat ustawy o podatku cukrowym. Zaczynając, sam post nosił tytuł „Objawienie I: i żebyście nie byli grubaskami”. Zapraszam do lektury!

Tak wiem, nie powinnam była zaczynać wypowiedzi od „I” (to po dwukropku w tytule), ale idąc tym tropem Ustawa Stulecia; bo tak ją nazywam; też nie miałaby prawa powstać, a jednak tak się stało. Możecie mi się dziwić; studentce dietetyki, która nie reaguje euforią na ten projekt. I nie jest to kwestia pozyskiwania klientów z powodu złych nawyków żywieniowych w dzieciństwie, ale sprzedawania pseudozdrowych przekąsek jako zdrowe. I to wszystko pod pretekstem zmniejszenia ilości grubasków- to wcale nie jest już takie super.

Akapit numer dwa. Niezdrowa zdrowa żywność i przyprawianie do smaku.

Pomijając fakt nowości- ulubieńców właścicieli sklepików szkolnych (czytaj owsianka instant i smakowa woda mineralna- niegazowana oczywiście), pragnę zauważyć, iż dzieci dostają w sklepikach i na stołówkach niedoprawione niczym potrawy (tak na wszelki…) i niesłodzony kompot!!! FUUUJ!!!! A tak na serio to po pierwsze: nikt nie zabronił używać ziół i przypraw, a jest ich na tyle dużo, że spokojnie można przygotować zdrowe i SMACZNE potrawy… ale która kucharka stosująca na co dzień vegetę, sól i pieprz- zechce na nowo uczyć się gotować? Po drugie: jak można nie słodzić kompotu? tak, tak wiem- owoce zawierają naturalne cukry, ale poza tym zawierają też kwasy!!! Zdaję sobie sprawę, że dopuszczalne jest użycie miodu, stewii, czy ksylitolu, ale bez skrajności! Odrobina cukru do kompotu nas nie uśmierci, wcześniej tylko to było stosowane do słodzenia i jakoś jeszcze żyjemy, nie mamy cukrzycy i wszystkich nowotworów na raz. <nooo… może nie wszyscy>

Akapit numer trzy. Analiza rynku.

Kolejnym argumentem przeciw jest to, że młodzież może bez problemu kupić tabletkę po, czy papierosy (liceum) i zajarać sobie na odstresowanie po trudnym sprawdzianie. W sumie to im się nie dziwię, tylko to im zostało!!! Nie licząc brokułów i ciemnego pieczywa. Uważam, że w sklepikach powinna pojawić się półka z antykoncepcją, bo ona jest taka ANTYYY(grubaskowa?) i papierosy, wszak od papierosów możemy nabawić się tylko raka (łaka, łaka ejjj ejj), ale one przynajmniej nie tuczą.

Akapit numer cztery. Wspomnienie z łezką w oku

Kiedyś w toalecie szkolnej to się paliło, a nie wpieprzało czekoladę… ale nie martwcie się na pewno powstanie czarny rynek i dealerzy zamiast podawać herę, kokę, hasz i lsd, będą dilować chipsami, colą i batonikami. No i może ktoś się skusi na sprzedaż napojów energetyzujących.

Kupowałabym!

Akapit numer pięć. Wspomnień ciąg dalszy i korzyści

Oczywiście, że na tej ustawie zyskują sklepiki bazujące w pobliżu szkoły i nie, nie widzę w tym nic złego! Sama pamiętam, jak biegałam na przerwie do centrum handlowego na przeciwko szkoły po drożdżówkę z rabarbarem i zieloną herbatę w puszce; swoją drogą- czytając skład, wnioskuję że na jego podstawie mogłaby powstać niezła praca z chemii 🙂  Z taką tylko różnicą, że u nas w szkole mieliśmy możliwość kupienia zabójczego rogala z czekoladą, którego Pani ze sklepiku podgrzewała nam w jeszcze bardziej zabójczej mikrofali, żeby diabeł (czy też czekolada; jak zwał, tak zwał) się rozpuściła. Oj my skitrane w społeczeństwie chude grubaski!!!

Akapit numer ostatni. Podsumowanie

Dodatkowo uważam, że sama ustawa niewiele zmieni. Moim zdaniem powinniśmy zacząć od edukacji rodziców, opiekunów, nauczycieli, dyrektorów placówek i dzieci (ich przede wszystkim), żeby nie tworzyć zakazów. Wtedy (mam cichą nadzieję) sami byśmy odeszli od jedzenia zapychającego naczynia krwionośne i wypychającego nasze ciała tkanką tłuszczową. A tak poza tym, to wypiłam dzisiaj słodki koktajl i zjadłam babeczkę. Idę umrzeć póki jestem w miarę szczupła, bo trumny w rozmiarze XL są droższe, a wolę chociaż na tym zaoszczędzić!!!

To by było na tyle. To co najważniejsze moim zdaniem, to praca u podstaw i edukacja ludzi, tak aby sami mieli wybór między grahamką a kajzerką, a wprowadzenie przepisu niewiele zmieni, bo my jako ludzie lubimy działać wbrew czemuś. I dlatego nie sądzę, że sam zakaz wiele załatwi. Trzymajcie się ciepło i pamiętajcie, że najważniejszy wszędzie jest zdrowy rozsądek.

Noworoczne postanowienia dietetyczne

42860152_106712136916045_4987023511072538624_n

Biorąc pod uwagę, że rok temu pisałam o jedzeniu i diecie w święta- w tym roku postanowiłam skoncentrować się nieco na noworocznych postanowieniach dietetycznych. Wiem, ten temat jest wałkowany w telewizji i porzygać się można, ale w większości przypadków wypowiadają się gwiazdy o tym, co, jak i kiedy dokładnie zostało postanowione. Tematem poruszanym na świeczniku jest też często zasadność postanowień. Ja postanowiłam rozbić lekko najczęstsze postanowienia noworoczne związane z żywieniem, a do nich należą po pierwsze: schudnąć, a po drugie: jeść zdrowo.

W takiej sytuacji w mojej głowie pojawiają się dwa pytania. Pierwsze z nich to, co to znaczy schudnąć dla kogoś, bo dla jednej osoby wyrocznią będzie rozmiar ubrań, a dla innej cyfra pojawiająca się na wadze. Kolejnym pytaniem jest- co to znaczy zdrowo jeść, ale spokojnie oba wiążą się chyba z pewnego rodzaju zboczeniem zawodowym 🙂

Pierwszy temat postanowień wiąże się dla mnie z celem, bo żeby go osiągnąć trzeba by go sobie postawić. Co ważne- nie sam cel czyni z naszego postanowienia sukces- ważna jest również motywacja, na którą ja bym tutaj postawiła. Motywację możemy podzielić na wewnętrzną i zewnętrzną. Ta pierwsza jest związana z „JA CHCĘ”, ta druga natomiast wiąże się z tym, że „KTOŚ CHCE”. Dla naszego prywatnego i osobistego odchudzania ważniejsza jest ta pierwsza, bo pamiętajcie, że żerując na czyjejś motywacji możemy ją utracić tak szybko, jak tylko zniknie nam ona z horyzontu. Dużo lepiej sprawdza się motywacja wewnętrzna, bo nic nam wtedy nie stanie na drodze- mówiąc bardzo wprost. Z resztą na pewno sami wiecie, jak to jest, więc nie będę się rozwijać dzisiaj na temat motywowania, bo o tym innym razem- ot takie mam postanowienie noworoczne, żeby o motywacji popisać 🙂

Drugą często przewijającą się rzeczą w postanowieniach jest zdrowa dieta. Mój ulubiony temat rzeka, o którym też dzisiaj wspomnę co nieco, bo tego i tak w jednym poście nie rozpiszę. Niestety. Wiele osób postrzega zdrową dietę z rezygnacją z jakieś grupy produktów (np. zawierającej węglowodany, w tym złożone), co moim zdaniem zdrowe na pewno nie jest. W pomysłach przewija się równie często rezygnacja z tłuszczu, czy o zgrozo jedna z diet mocno- alternatywnych, których prowadzenie jest związane z dużą ilością wykluczeń i robieniem tego bez sensu. Mogłabym również poruszyć tutaj temat wegetarianizmu, który dobrze prowadzony jest na prawdę zdrową dietą, ale wegetarianizm jedzony fast-foodami na pewno już nie będzie korzystnie wpływał na nasze zdrowie. Wymieniać można by jeszcze długo, ale ja bym wolała Was przestrzec przed niektórymi pokarmami- fit, light i tak dalej dietetycznie, ekologicznie również mogłabym wymieniać.

Pamiętajcie, że zdrowa dieta to jedno, jak dla mnie powinno być bogato, zbilansowanie i ciekawie na talerzu, a spożywanie produktów teoretycznie zdrowych już nie wpływa na nas super- korzystnie. Pod lupę można wziąć fit- batoniki, w których składnie (w kilku sztukach, poszukajcie) na opakowaniu widniał syrop glukozowo- fruktozowy i roślinne tłuszcze utwardzone. Do tego można dodać soki z dodatkiem cukru, napoje gazowane light, co do których pałam szczerą nienawiścią oraz zachwalane produkty bez tłuszczu, w których roi się od cukru albo przeciwnie- produkty bez cukru, z dodatkiem tłuszczu. W obu wymienionych przypadkach często jemy więcej, bo przecież są super i (podobno) mniej kaloryczne, a nadmiar nigdy nie jest dobry.

Co do rezygnacji albo ograniczenia cukru w diecie w ogóle jest dla mnie ciekawy, ponieważ mówienie, że nie spożywa się cukru, a jedzenie tony owoców suszonych (w których cukier jest, bo w procesie suszenia pozbywamy się wody, a nie cukru), miodu, melasy i innych słodyczy jest dość interesujący 🙂

Życzę Wam spełnienia postanowień noworocznych, do moich dołączam poruszenie tematów; o które dzisiaj zahaczyłam; w 2019 roku.

WHO ostrzega

42860152_106712136916045_4987023511072538624_n

Dzisiaj wpis z nieco innej beczki, co ważne jest on związany z czymś, co wielu z nas- dorosłych; mam nadzieję, że tylko dorosłych 🙂 ; spożywa. Mianowicie, rozchodzi się o alkohol. Kwestia mojej własnej zgody, bądź jej braku związana proponowanymi zmianami nie ma tu dużego znaczenia.

Zaczynając od początku

Polska jest znana z tego, że pije się dużo. Niemniej jednak, spoglądając na nawyki związane z zakupami przed świętami można odnieść wrażenie, że jednak nie. Nie jesteśmy najgorsi i mimo, że u nas spożywa się alkohole mocne, takie z temperamentem, to przypominam sobie czasy przedświątecznych zakupów w Irlandii. Trzeba przyznać, że Ci to mają rozmach. Koszyki uginają się od win wszelkiej maści, whiskey i piwa, a u nas? Skromniej, za to mocniej, wszak toczące się po taśmie sklepowej flaszki to tylko 2, 3, ewentualnie 7 butelek wódy nie sprawiają takiego wrażenia jak kilka 6-paków wina, kilka spaw piwa i może 4, czy 5 butelek whiskey.  To, że uważam, że w naszym kraju spożywa się coraz mniej mocnego alkoholu, a wraz za mną toczą się statystyki mówiące, że przestawiamy się na alkohole słabsze, czego doskonałym symbolem są znane w całej Polsce krafciki. Bo trzeba być głupim, żeby pić hektolitry masowo produkowanego piwa, zamiast jednego (bo drogi) krafcika. Ale wracając do tematu, który jest niezwykle ważny i na prawdę skłania do refleksji i nie udając, że spożywanie słabszych alkoholi nie stanowi problemu- przejdźmy do meritum.

Dokument

Światowa Organizacja Zdrowia wystosowała raport, w którym poruszany jest temat alkoholu i zagrożeń, jakie płyną z kolejnymi promilami we krwi. I nie, nie jest podane wprost, że po 1 głębszym jest fajnie, a po 15 trudno się chodzi.

Alkohol, jak wszystko inne w nadmiarze ma swoje skutki uboczne i może stwarzać niebezpieczeństwo. Według statystyk, jakie podaje WHO, co 6 minut umiera jedna osoba wskutek negatywnych skutków działania alkoholu. Do tych skutków należy zaliczyć, między innymi:

  • 11% nowotworów jelita grubego,
  • 13% przypadków padaczki,
  • 18% wszystkich samobójstw,
  • 26% zapaleń trzustki,
  • 27% obrażeń wskutek wypadków drogowych,
  • 48% marskości wątroby

Przytoczone przeze mnie skutki, to nie wszystko, zachęcam więc do zapoznania się grafiką, jaka została stworzona przez WHO. Znajdziecie ją o tutaj, na fanpage’u kampanii WUModa na zdrowie, Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Rozwiązanie problemu

Światowa Organizacja Zdrowia wysuwa również propozycje, nawiązujące do przeciwdziałania zaistniałej sytuacji. Za najlepsze i najważniejsze punkty przeciwdziałania negatywnym skutkom alkoholu WHO uważa regulacje obrotu alkoholem, wprowadzenie restrykcji, bądź zakazanie reklamowania alkoholu oraz podniesienie cen alkoholu. W drugiej kolejności, według WHO należy skoncentrować się na zapobieganiu i leczeniu zaburzeń spowodowanych spożywaniem alkoholu, zwiększenie świadomości społeczeństwa, wspomaganie akcji związanych z zapobieganiem i zmniejszeniem negatywnych skutków alkoholu. Za istotny punkt warto również uznać to, że WHO chce zapewnić konsumentom informacje na opakowaniach alkoholu, uregulować nieformalnie produkowany alkohol i rozwinąć system inwigilacji konsumpcji alkoholu w zakresie skutków zdrowotnych i prawa.

Moja opinia

Wszystko fajnie, pięknie, bo alkohol; szczególnie spożywany w nadmiarze- stanowi zagrożenie nie tylko dla samego nadużywającego ale dla tych, którzy są w pobliżu. Mam na myśli współuzależnienie, przemoc i problemy związane z uzależnieniem. Z drugiej strony, nie do końca rozumiem wszystkie proponowane kroki. Zacznę od tego, że plan podniesienia cen- w naszym kraju zapewne się sprawdzi, ale pamiętam analogiczną sytuację z Irlandii. I wiecie co? W sumie niewiele się zmieniło, bo ludzie przestawili się… na tańsze alkohole. Zaobserwowałam także, że ruszyła i całkiem nieźle się ma produkcja alkoholu w domach. I nie mówię tu o całej populacji, bo wszystkich nie sprawdziłam, ale o wielu osobach, które miałam w swoim otoczeniu. Zwiększyła się także ilość alkoholi kupowanych na wakacjach, w miejscach, gdzie jest on tańszy. Wiecie,o co chodzi? Pracujecie ciężko, żeby jechać na wakacje i najlepszym suwenirem jest butelka Irlandzkiej whiskey, która miejscu Waszego wypoczynku kosztuje połowę tego, co w miejscu Waszego zamieszkania. Więc, nie do końca rozumiem to rozwiązanie.

Co do wpływu na zdrowie… Chyba wszyscy wiemy i nie jest to wiedza tajemna, że alkohol spożywany w niewielkich dawkach nie jest szkodliwy, a wręcz przeciwnie. Lampka dobrego, czerwonego wina jest źródłem przeciwutleniaczy, a sam alkohol ma korzystny wpływ na układ krążenia. I nie, nie chodzi mi o picie napojów alkoholowych litrami, ale o spożywanie niewielkich ilości od czasu do czasu, bo nie liczcie na to, że będę polecała spożywanie alkoholu regularnie, a co gorsza codziennie!

Informacje na opakowaniach, w których alkohol kupujemy- jasne! Jestem ZA i podpisuję się pod tym, czym się tylko da! Jedna ważna rzecz, którą mam tutaj do powiedzenia, to nie chcę, żeby opakowania przypominały niektóre pokarmy, bo skończy się to katastrofą. Fajnie, żeby informacje do których zobowiązane zostaną firmy je produkujące, nie zrobiły z etykiet nieczytelnych tworów, zakrytych wszystkimi wymaganymi informacjami.

Restrykcje związane z reklamowaniem alkoholu w środkach masowego przekazu jest pewnego rodzaju rozwiązaniem, które może przynieść pozytywne skutki, z czym się mogę zgodzić. Niemniej jednak, tak jak zakaz reklam wyrobów tytoniowych nie spowodował, że ludzie nie przestali palić, tak alkoholu spożywać nie przestaną. Jasne, jest szansa, że ilość spożywanego alkoholu się zmniejszy i to byłoby bardzo korzystne dla nas wszystkich.

Podsumowując

Najważniejsze wnioski już przedstawiłam, więc sumienie mam czyste. Mówiąc już całkowicie na koniec- zapraszam do zapoznania się ze źródłem, akcje związane z ograniczeniem i przeciwdziałaniem nadmiernemu spożywaniu alkoholu i jego skutkom będę wspierać, ale jedna rzecz jest ważna- zbyt radykalne restrykcje nigdy nie kończą się dobrze, bo mimo najlepszych ustaw i założeń- problem nadal istnieje. Zgadzam się z faktem, że należy walczyć o zmniejszenie zjawiska, ale wiecie- nie żyjemy w PRL, że jak ustawa mówiła, że bezrobocia nie ma- to nie ma. 🙂

Alkohol mimo, ogromnej ilości zagrożeń, jakie ze sobą niesie, wniósł też trochę pozytywów do naszego życia i kultury, bo historia pamięta balety, na których można było załatwić więcej niż bez nich. Więc przeciwdziałajmy negatywnym skutkom i zjawiskom, ale róbmy to mądrze, dlatego w ramach podsumowania, podsumowania, które będzie już ostatecznym podsumowaniem- zarzucę Was cytatem Paracelsusa, a co!

„Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną, bo tylko dawka czyni truciznę”

Paracelsus- ojciec medycyny nowożytnej

Weź mi kup coś na odchudzanie… efekt placebo

20170406_154351

Jako, że mamy szczyt sezonu wakacyjnego i można by dojść do wniosku, że w sumie to w tym roku nie za bardzo jest sens się odchudzać, miałam nadzieję że wszelkiego rodzaju ciekawostki, nowości i najlepsze formuły wspomagające odchudzanie będziemy mieć za sobą. Ale NIEEEEEE!!! No źle myślałam, przyznaję się. Od wczoraj przyglądam się kolejnym postom na facebooku, które pokazują nam cudowny, najlepszy, najbardziej skuteczny i najfajniejszy… spray na odchudzanie. Czy to w ogóle może działać?

OK. teraz spróbujcie sobie wyobrazić, że dietetyk patrzy i nie do końca wierzy w to co widzi. Wiecie, spray odchudzający kiedyś kojarzył mi się z olejem w sprayu, który po pierwsze bardzo mi się podoba, bo można zastosować sobie niewielką ilość do smażenia i nie przelać. A po drugie wydaje mi się być bezpiecznym sposobem na utrzymanie niskiej ilości tłuszczu, która z pewnością podbija kaloryczność naleśników i innych placków, czy kurczaka. Tak wiem, pokazanie gif ze scenką sklepu Mango, byłoby tu idealnym rozwiązaniem, ale nie posiadam takiego gifa w swojej kolekcji. I tak mogłabym go ściągną, ale wiecie. Spray na odchudzanie to nie olej. I nie zrozumcie mnie źle, nie tylko ten spray jest super, hiper środkiem na odchudzanie. Takich produktów jest wiele, wiele więcej, a to tylko jeden z przykładów.

Wracając do naszego przykładu… Celem działania sprayu ma być hamowanie waszego apetytu i ja w tym momencie zgłaszam jedną uwagę. Trzeba odróżnić apetyt od łaknienia. Pamiętajcie, że apetyt to nic innego jak ochota na daną rzecz… Frytki, lody, czy czekoladę. Łaknienie– i to tutaj bardziej chodzi o to uczucie głodu, które możecie czuć nie jedząc przez pół dnia. Robi różnicę, co? Niby dwa słowa, niby niewielka różnica, a tu jednak… Można wmówić ludziom, że słowo oznaczające brak ochoty, można stosować wymiennie z brakiem głodu i ludzie kupią. I owszem, moglibyśmy się zastanawiać, czy w naszym języku potocznym apetyt nie jest usprawiedliwieniem do lekkiego, moim zdaniem fałszu płynącego z reklamy, bo cała skuteczność środka jest ciągłe podbijanie, a powtarzanie ile to można schudnąć, gdy stosuje się produkt, potęguje efekt. Taka moja opinia.

Składu nie będę omawiać bardzo dokładnie, bo wiele składników powtarza się przy suplementach na odchudzanie i moim zdaniem lepiej jeśli któregoś pięknego dnia opiszę wszystkie składnik po składniku. Chcę tylko zaznaczyć, że wartość naszej wiary w tego typu suplementy często działa lepiej niż sam suplement, suplementy jak na pewno wiecie nie przechodzą tak rzetelnych badań jak leki. I tutaj chciałabym podrzucić Wam inne sposoby na odchudzanie. Na rynku oprócz wspomnianego przeze mnie sprayu są również tabletki, syropki, maści, plasterki, żele do smarowania i inne folie do owijania sadełka. Moje zdanie jest takie, że jeśli  I takie działanie czegoś co w teorii nie powinno możemy sobie sprowadzić do efektu placebo, który to jest niesamowicie ciekawym zjawiskiem.

Pamiętajcie, że często samo stosowanie jakiegoś produktu, albo zabiegu i wszystkie okoliczności, które temu towarzyszą potrafią zadziałać na naszą psychikę. Chodzi tutaj głównie o emocje, stres i reakcje naszego układu nerwowego. Sam rytuał smarowania się wcześniej wymienionym kremem, czy żelem albo nawyk zażywania sprayu czy syropku może wywołać reakcje pochodzące z naszego organizmu. I o tyle o ile nie jest to może stres, przyspieszenie akcji serca i lęk przed ukłuciem, jaki może towarzyszyć w przypadku ukłucia- sam fakt wykonywania danej czynności będzie na nas działał, ponieważ nasze przekonanie o tym, że coś działa samo w sobie będzie taką samospełniającą się przepowiednią. Właśnie takie „leczenie pozorne”, jakim efekt placebo jest również określany sprawia, że nasze nadzieje i przekonania mogą stać się czymś, co przyjmujemy za realne działanie takich środków.

Ok, nie będę wjeżdżać na produkty typu- kup i chudnij, bo nie to było moim celem, ale chcę żebyście zapamiętali z tego posta jedną, moim zdaniem bardzo ważną rzecz. W wielu miejscach możemy kupić wszelkiej maści środki wspomagające odchudzanie. Istotne jest to, czy na prawdę wierzymy w ich działanie, bo wiara; jak już wiecie; czyni cuda i równie dobrze, działać może dieta kolczykowa o której już pisałam tutaj  🙂 Do następnego 🙂

Napój na miarę diety

blogassssek

O napojach już na tym blogu było. Ten wpis znajdziecie o tutaj, napisany przez Justynę którą poznałam na studiach. Na temat napoju, soku, wody… czy jak to nazwać- w sumie nazywanie tego produktu wodą nie wypali, bo woda nie ma zapachu, barwy, smaku i nie dostarcza energii. Dobra, ale jak to się stało, że piszę o tym… napoju? Cóż zachęciła mnie reklama- do opisania, nie spożywania owego napoju. Dlaczego? Bo nie przywykłam do nazywania kolorowego, smakowego napoju wodą.

Na wstępie muszę zaznaczyć, że nie zdziwił mnie fakt samej reklamy w telewizji, bo reklamą jesteśmy bombardowani z każdej strony, ale doznałam szoku, widząc coś, co moim zdaniem jest reklamowane jako woda- wszak H2O (nawet z końcówką woc) kojarzy nam się raczej z chemią i jednym z pierwszych wzorów do zakucia, niż sokiem rozpuszczonym w wodzie. Sama reklama jest dość skromna, jak na realia niektórych produktów, bo nie oszukujmy się… Tło podzielone na dwie części ma za zadanie uświadomić nasze cenne mózgi o tym, że na prawdę to tylko woda i sok i to się sprawdza świetnie. W tej kwestii nie mam nic więcej do dodania.

To, co moim zdaniem jest tutaj interesujące, to połączenie wzoru sumarycznego wody i wyrazu owoc, które moim zdaniem może nam dać wyobrażenie wiązania się dwóch związków chemicznych. I nie zrozumcie mnie źle, wszystko co nas otacza jest chemią, nawet my sami nie istnieli byśmy, gdyby pierwiastki nie łączyły się w związki chemiczne, natomiast to chyba ten bodziec sprawił, że ów napój kupiłam. Z czystej ciekawości. Chciałam sprawdzić skład, czy aby na pewno jest taki, jak bym sobie to wyobrażała po obejrzeniu reklamy. Dlaczego? Bo po sugestiach dotyczących wiązań chemicznych myślałam, że skład jej… mówiąc delikatnie mało naturalny. I nie, nie jest to reklama, a ja nie będę Wam zachwalać napoju, jako remedium na całe zło.

Reklamodawca bardzo podkreśla brak dodatkowych słodzików, brak konserwantów i brak jakiegokolwiek składnika poza wodą i owocami (dokładniej sokami owocowymi). Czy tak jest w rzeczywistości? Cóż, skoro kupiłam już napój- nie odpuszczę omówienia składu 🙂

Na etykiecie znajdziemy napis, że jest to właśnie napój- a nie woda z sokiem owocowym; jak nazwali to reklamodawcy. Co następne nam się ukazuje E. Nie takie znowu zwykłe E, jak przy opisie bakterii 🙂 czy dodatkowych składników- jak E 621, którego bym się nie spodziewała w tym napoju, dlaczego? Bo glutaminianu sodu raczej bym się spodziewała w produktach z proszku, o których też już było. W taki razie, co to za magiczne „E”? Witamina E, która jest silnym przeciwutleniaczem. Czy to dobrze, czy to źle- nie wiem. Często jest tak, że produkty są fortyfikowane w składniki. Np. sól jest jodowana, czy płatki śniadaniowe wzbogacane w żelazo 😀 Moim zdaniem jednak, osoba spożywająca dietę różnorodną w produkty, nie powinna mieć niedoborów witaminy E.

Co do samej listy składników w tym produkcie… jak w reklamie. Woda, soki owocowe i witamina, o której wspomniałam wyżej. Nie wiem na ile jest to zgodne z prawdą- a bywam podejrzliwa 😀 W związku z tym postanowiłam sprawdzić tabelkę z wartością odżywczą. I co? Niby nie ma niespodzianek-  21 kcal w 100 ml produktu- jak sok rozcieńczony z wodą 😉 Białka i tłuszczu- szukać na daremno, więc mój wzrok przeniósł się od razu na zawartość węglowodanów, w tym cukru. Niby zaskoczenia nie było- wszystkie węglowodany to cukier (choć nie tylko sama sacharoza, bo węglowodanów jest więcej- w skład tej bogatej grupy należą również tzw. oligosacharydy; o nich kiedyś opowiem), cukier to węglowodany… te klimaty, a jednak! Przypomniałam sobie, że jakiś czas temu piłam Sprite- tak zdarza mi się sięgnąć po dietetyczne zło. I co? Różnica w kcal na 100 ml= 4, Sprite ma więcej, w cukrze? 0,9 g. Wiecie co to oznacza? :O

Kończąc ten post, chcę żebyście wiedzieli, że to nie jest tak, że polecam Sprite, bo różnica w cukrze nie jest duża. Wiecie, sprawa jest taka że w owym limonkowo- cytrynowym napoju z bąbelkami składniki już nie brzmią tak cudownie, jak w przypadku napoju z reklamy, którą przed chwilą opisałam. To co tutaj jest ważne, to na pewno fakt że zdziwiłam się krótkim składem i brakiem konserwantów. Jeśli faktycznie skład wygląda tak, jak jest to zapowiadane w reklamie- nie ma dodanego cukru, substancji słodzących, konserwantów i barwników- GIT. Jedno mnie zastanawia- co jest w tych sokach z koncentratu 😀 I tutaj albo działa mój szósty zmysł, albo zboczenie zawodowe, które przy napojach Coca-Coli jest uśpione, bo wie że spożywam syf. Wiecie, dlaczego tak uważam? Produkt ma dość długą datę przydatności do spożycia, co oznacza nie mniej nie więcej, że jeśli nie był pasteryzowany- to by tyle nie przetrzymał, a jeśli był… to świetna wiadomość, bo pasteryzacja jest na prawdę świetną metodą konserwacji żywności, jakkolwiek to brzmi.

A tak całkiem serio- na opakowaniu brakuje mi informacji na temat tego, w jaki sposób zabezpieczono taki produkt przed działaniem drobnoustrojów. I to nie jest żart. Spróbujcie wycisnąć sok z pomarańczy, rozcieńczyć z wodą i potrzymać pół roku w ciemnym miejscu, w jakimś opakowaniu. Byle to nie była lodówka, chociaż… przy tak długim czasie trzymania czegoś w zamknięciu- temperatura nie gra tak dużej roli. Ja tymczasem będę się zastanawiać nad tym, czy producenci nie wyszliby na plus dodając na opakowaniu zapis o metodzie zabezpieczenia produktu przed psuciem.

O Wielkanocnych jajcach

20160322_135924.png

Wielkanoc to zdecydowanie jajcarskie święto w naszej tradycji i kulturze. To, co mogę powiedzieć o jajkach, to; oprócz głupiej diety jajecznej, której celem jest szybkie zjechanie z kilogramów na trzy dni przed sezonem bikini; to na pewno fakt, że są świetnym źródłem łatwo przyswajalnego białka (ba! białko jaja jest uważane przez dietetyków za białko wzorcowe, bo zawiera idealnie dobrane aminokwasy, których potrzebujemy), cholesterolu (mimo mojego demonizowania go w poprzednim poście- nie jest tak źle, szczerze mówiąc dieta jajeczna jest jednym z głupszych wymysłów, bo jest przede wszystkim… MONOTONNA!, a to jest bardziej szkodliwe niż trochę za duża ilość cholesterolu w diecie). Jajka są źródłem składników mineralnych i witamin i właśnie o tym, co jest w jajkach będzie ten post!

Kilokalorie 

Jajka nie są kaloryczne, bo jedno jajko to ok. 80 kcal (w zależności od tabel te wartości mogą się różnić). Warto je jednak spożywać nie tylko podczas odchudzania.

Białko

Jak wspominałam wcześniej, białko jaja jest uważane za białko wzorcowe, ze względu na zawartość tych aminokwasów, które musimy sobie dostarczać z dietą. Warto zauważyć, że jedno jajko zawiera ok. 6 gramów białka i co ciekawe- to żółtko będzie mieć więcej białka 🙂

Tłuszcze 

Jajko, głównie żółtko jest świetnym źródłem nie tylko białka, ale i tłuszczu. Jedno jajko to ok. 5 gram tłuszczu. W jajcu przeważają tłuszcze nasycone i jednonienasycone. Pragnę tylko zauważyć, że te różnice liczbowe nie są jakość szczególnie duże, dlatego nie będziemy się wgłębiać w liczby. Tłuszcze wielonienasycone (w tym omega 3 i omega 6), również nie są w jajkach nieobecne. To dobrze, nawet bardzo 🙂 Takie jajko zawiera też niewielką ilość kwasów tłuszczowych trans, ale na prawdę nie jest ich wiele i cholesterol, tego jest niestety trochę dużo. Niemniej jednak, osoby zdrowe nie muszą się zbytnio martwić o tę ilość cholesterolu i nawet przy spożyciu jajecznicy, albo kilku jajek w święta nie ma co się martwić.

Węglowodany i błonnik

W jajku są śladowe ilości węglowodanów, ale jest to na prawdę niewielka ilość, więc nie o węglowodanach tutaj będziemy mówić.

Jako, że jajka są produktami pochodzenia zwierzęcego, nie spodziewajmy się w nich jakichkolwiek ilości błonnika.

Składniki mineralne

Jajka to na prawdę fajne źródło składników mineralnych. Znajdziemy w nich wapń, fosfor, żelazo, cynk, potas, sód i magnez.

Witaminy

W jajkach spodziewamy się witamin rozpuszczalnych w tłuszczach. I bardzo dobrze! Nie zapominajmy jednak, że w jajkach znajdziemy też witaminy z grupy B i kwas foliowy, również zaliczany do witamin z grupy B (dokładniej witamina B9).

Dlaczego w poście o diecie jajecznej, napisałam że jest to głupota, skoro jak widać, jajka są bogate w składniki, których potrzebujemy, a cholesterolu nie jest w nich wcale tak wiele i osoby zdrowe nie muszą się go bać? Czy mam zamiar sobie przeczyć? Nie, ale pamiętajmy, że wszystko, co jest bardzo monotonne- nie będzie dla nas korzystne. Moją propozycją na zachowanie zasad zdrowego żywienia jest przede wszystkim zdrowy rozsądek i nie popadanie ze skrajności w skrajność. Dlaczego? Bo afery żywieniowe dotyczą chyba wszystkich produktów dostępnych na rynku i nie trzeba szukać spisków. 🙂

Chciałabym wszystkim życzyć wesołych i spokojnych Świąt Wielkanocnych oraz przyjemności ze spożywania świątecznych potraw. 🙂 🙂

 

Dieta Tłusto- Czwartkowa

20180208_122548.png

Nienażarta Niedziela to idealne miejsce na opisanie odczuć dotyczących diety, którą miałam okazję stosować, a że minęło już trochę czasu od Święta, którego na wyspach brytyjskich nie ma wśród rdzennych mieszkańców- można sobie na to pozwolić.

Niby można by takiego dietetyka linczować, ale hej! Blog jest prowadzony z przymrużeniem oka- to po pierwsze, a po drugie- dzięki Nienażartej Niedzieli, Wy nie musicie testować tych diet na sobie 😉 Dzisiejszy post koncentruje się bardziej na ocenie organoleptycznej i odczuciach niż merytorycznej ocenie wybranego jadłospisu, bo wątpię, żeby znalazła się osoba stosująca się do diety Tłusto- Czwartkowej na serio w celu odchudzania.

Drogi pamiętniczku!

Dzień zaczął się od puszystego, pełnego glutenu i miłości do słodyczy (a co myśleliście?! 😀 )- pączka. Ci, którzy śledzą fanpage na Fb wiedzą, że to właśnie dlatego pączka na zdjęciu nie uświadczycie. Był pyszny, tłuściutki i osłodził początek dnia. Nawet za bardzo! Chrupiąca warstwa wierzchnia, spowodowana smażeniem puszystego ciasta w głębokim tłuszczu, z góry polana lukrem i pokryta aromatyczną skórką pomarańczową kusiła odkąd przyniosłam ją z cukierni. Powiem wprost- to było idealne towarzystwo do porannej kawy!

Pamiętniczku, czy pozwoliłabym wszystkim na spożywanie glutenu, wysmażonego na złoty kolor? Rano? Raczej nie, tak duża dawka cukru spowodowała u mnie poczucie zasłodzenia na pierwszą połowę dnia i uczucie ciężkości, które nie opuszczało mnie do obiadu.

Drugie śniadanie pominęłam, bo smażyłam faworki, w niektórych kręgach zwane również chrustami. Co to dało? Tłusto- Czwartkowy obiad 😀

A więc, żeby było różnorodnie, na obiad spożyłam owe, glutenowe, faworki. Znowu porcja glutenu, w głębokim tłuszczu smażona, cukrem pudrem otoczona, serwowana z gorzką herbatą i dużą dozą kontroli nad wielkością porcji. Brzmi prawie jak oda do faworka- jasne! Tłusty czwartek jest raz w roku 😉

A teraz pora na podsumowanie, kolację spożyłam normalną, zdrową! Dlaczego? Bo mimo kontrolowania ilości spożytej energii i tłuszczu ze smażonych pyszności, czułam się ciężko przez większość dnia, a dieta którą wymyśliłam na potrzeby posta nie ma na celu promowania wszelkich firm specjalizujących się w cukiernictwie. Chociaż…? Hello! Gdzie mój przelew?! To co mogę powiedzieć na sam koniec, to pamiętajcie, że nawet na diecie odchudzającej możecie spokojnie świętować tłusty czwartek pączkiem, albo kilkoma faworkami, bo najważniejszy jest we wszystkim umiar, którym moim zdaniem cała dietetyka, nawet ta część- dotycząca żywienia osób zdrowych- się rządzi!

PS polecam się na przyszły rok! 😉