Napój na miarę diety

blogassssek

O napojach już na tym blogu było. Ten wpis znajdziecie o tutaj, napisany przez Justynę którą poznałam na studiach. Na temat napoju, soku, wody… czy jak to nazwać- w sumie nazywanie tego produktu wodą nie wypali, bo woda nie ma zapachu, barwy, smaku i nie dostarcza energii. Dobra, ale jak to się stało, że piszę o tym… napoju? Cóż zachęciła mnie reklama- do opisania, nie spożywania owego napoju. Dlaczego? Bo nie przywykłam do nazywania kolorowego, smakowego napoju wodą.

Na wstępie muszę zaznaczyć, że nie zdziwił mnie fakt samej reklamy w telewizji, bo reklamą jesteśmy bombardowani z każdej strony, ale doznałam szoku, widząc coś, co moim zdaniem jest reklamowane jako woda- wszak H2O (nawet z końcówką woc) kojarzy nam się raczej z chemią i jednym z pierwszych wzorów do zakucia, niż sokiem rozpuszczonym w wodzie. Sama reklama jest dość skromna, jak na realia niektórych produktów, bo nie oszukujmy się… Tło podzielone na dwie części ma za zadanie uświadomić nasze cenne mózgi o tym, że na prawdę to tylko woda i sok i to się sprawdza świetnie. W tej kwestii nie mam nic więcej do dodania.

To, co moim zdaniem jest tutaj interesujące, to połączenie wzoru sumarycznego wody i wyrazu owoc, które moim zdaniem może nam dać wyobrażenie wiązania się dwóch związków chemicznych. I nie zrozumcie mnie źle, wszystko co nas otacza jest chemią, nawet my sami nie istnieli byśmy, gdyby pierwiastki nie łączyły się w związki chemiczne, natomiast to chyba ten bodziec sprawił, że ów napój kupiłam. Z czystej ciekawości. Chciałam sprawdzić skład, czy aby na pewno jest taki, jak bym sobie to wyobrażała po obejrzeniu reklamy. Dlaczego? Bo po sugestiach dotyczących wiązań chemicznych myślałam, że skład jej… mówiąc delikatnie mało naturalny. I nie, nie jest to reklama, a ja nie będę Wam zachwalać napoju, jako remedium na całe zło.

Reklamodawca bardzo podkreśla brak dodatkowych słodzików, brak konserwantów i brak jakiegokolwiek składnika poza wodą i owocami (dokładniej sokami owocowymi). Czy tak jest w rzeczywistości? Cóż, skoro kupiłam już napój- nie odpuszczę omówienia składu 🙂

Na etykiecie znajdziemy napis, że jest to właśnie napój- a nie woda z sokiem owocowym; jak nazwali to reklamodawcy. Co następne nam się ukazuje E. Nie takie znowu zwykłe E, jak przy opisie bakterii 🙂 czy dodatkowych składników- jak E 621, którego bym się nie spodziewała w tym napoju, dlaczego? Bo glutaminianu sodu raczej bym się spodziewała w produktach z proszku, o których też już było. W taki razie, co to za magiczne „E”? Witamina E, która jest silnym przeciwutleniaczem. Czy to dobrze, czy to źle- nie wiem. Często jest tak, że produkty są fortyfikowane w składniki. Np. sól jest jodowana, czy płatki śniadaniowe wzbogacane w żelazo 😀 Moim zdaniem jednak, osoba spożywająca dietę różnorodną w produkty, nie powinna mieć niedoborów witaminy E.

Co do samej listy składników w tym produkcie… jak w reklamie. Woda, soki owocowe i witamina, o której wspomniałam wyżej. Nie wiem na ile jest to zgodne z prawdą- a bywam podejrzliwa 😀 W związku z tym postanowiłam sprawdzić tabelkę z wartością odżywczą. I co? Niby nie ma niespodzianek-  21 kcal w 100 ml produktu- jak sok rozcieńczony z wodą 😉 Białka i tłuszczu- szukać na daremno, więc mój wzrok przeniósł się od razu na zawartość węglowodanów, w tym cukru. Niby zaskoczenia nie było- wszystkie węglowodany to cukier (choć nie tylko sama sacharoza, bo węglowodanów jest więcej- w skład tej bogatej grupy należą również tzw. oligosacharydy; o nich kiedyś opowiem), cukier to węglowodany… te klimaty, a jednak! Przypomniałam sobie, że jakiś czas temu piłam Sprite- tak zdarza mi się sięgnąć po dietetyczne zło. I co? Różnica w kcal na 100 ml= 4, Sprite ma więcej, w cukrze? 0,9 g. Wiecie co to oznacza? :O

Kończąc ten post, chcę żebyście wiedzieli, że to nie jest tak, że polecam Sprite, bo różnica w cukrze nie jest duża. Wiecie, sprawa jest taka że w owym limonkowo- cytrynowym napoju z bąbelkami składniki już nie brzmią tak cudownie, jak w przypadku napoju z reklamy, którą przed chwilą opisałam. To co tutaj jest ważne, to na pewno fakt że zdziwiłam się krótkim składem i brakiem konserwantów. Jeśli faktycznie skład wygląda tak, jak jest to zapowiadane w reklamie- nie ma dodanego cukru, substancji słodzących, konserwantów i barwników- GIT. Jedno mnie zastanawia- co jest w tych sokach z koncentratu 😀 I tutaj albo działa mój szósty zmysł, albo zboczenie zawodowe, które przy napojach Coca-Coli jest uśpione, bo wie że spożywam syf. Wiecie, dlaczego tak uważam? Produkt ma dość długą datę przydatności do spożycia, co oznacza nie mniej nie więcej, że jeśli nie był pasteryzowany- to by tyle nie przetrzymał, a jeśli był… to świetna wiadomość, bo pasteryzacja jest na prawdę świetną metodą konserwacji żywności, jakkolwiek to brzmi.

A tak całkiem serio- na opakowaniu brakuje mi informacji na temat tego, w jaki sposób zabezpieczono taki produkt przed działaniem drobnoustrojów. I to nie jest żart. Spróbujcie wycisnąć sok z pomarańczy, rozcieńczyć z wodą i potrzymać pół roku w ciemnym miejscu, w jakimś opakowaniu. Byle to nie była lodówka, chociaż… przy tak długim czasie trzymania czegoś w zamknięciu- temperatura nie gra tak dużej roli. Ja tymczasem będę się zastanawiać nad tym, czy producenci nie wyszliby na plus dodając na opakowaniu zapis o metodzie zabezpieczenia produktu przed psuciem.

Reklamy

O Wielkanocnych jajcach

20160322_135924.png

Wielkanoc to zdecydowanie jajcarskie święto w naszej tradycji i kulturze. To, co mogę powiedzieć o jajkach, to; oprócz głupiej diety jajecznej, której celem jest szybkie zjechanie z kilogramów na trzy dni przed sezonem bikini; to na pewno fakt, że są świetnym źródłem łatwo przyswajalnego białka (ba! białko jaja jest uważane przez dietetyków za białko wzorcowe, bo zawiera idealnie dobrane aminokwasy, których potrzebujemy), cholesterolu (mimo mojego demonizowania go w poprzednim poście- nie jest tak źle, szczerze mówiąc dieta jajeczna jest jednym z głupszych wymysłów, bo jest przede wszystkim… MONOTONNA!, a to jest bardziej szkodliwe niż trochę za duża ilość cholesterolu w diecie). Jajka są źródłem składników mineralnych i witamin i właśnie o tym, co jest w jajkach będzie ten post!

Kilokalorie 

Jajka nie są kaloryczne, bo jedno jajko to ok. 80 kcal (w zależności od tabel te wartości mogą się różnić). Warto je jednak spożywać nie tylko podczas odchudzania.

Białko

Jak wspominałam wcześniej, białko jaja jest uważane za białko wzorcowe, ze względu na zawartość tych aminokwasów, które musimy sobie dostarczać z dietą. Warto zauważyć, że jedno jajko zawiera ok. 6 gramów białka i co ciekawe- to żółtko będzie mieć więcej białka 🙂

Tłuszcze 

Jajko, głównie żółtko jest świetnym źródłem nie tylko białka, ale i tłuszczu. Jedno jajko to ok. 5 gram tłuszczu. W jajcu przeważają tłuszcze nasycone i jednonienasycone. Pragnę tylko zauważyć, że te różnice liczbowe nie są jakość szczególnie duże, dlatego nie będziemy się wgłębiać w liczby. Tłuszcze wielonienasycone (w tym omega 3 i omega 6), również nie są w jajkach nieobecne. To dobrze, nawet bardzo 🙂 Takie jajko zawiera też niewielką ilość kwasów tłuszczowych trans, ale na prawdę nie jest ich wiele i cholesterol, tego jest niestety trochę dużo. Niemniej jednak, osoby zdrowe nie muszą się zbytnio martwić o tę ilość cholesterolu i nawet przy spożyciu jajecznicy, albo kilku jajek w święta nie ma co się martwić.

Węglowodany i błonnik

W jajku są śladowe ilości węglowodanów, ale jest to na prawdę niewielka ilość, więc nie o węglowodanach tutaj będziemy mówić.

Jako, że jajka są produktami pochodzenia zwierzęcego, nie spodziewajmy się w nich jakichkolwiek ilości błonnika.

Składniki mineralne

Jajka to na prawdę fajne źródło składników mineralnych. Znajdziemy w nich wapń, fosfor, żelazo, cynk, potas, sód i magnez.

Witaminy

W jajkach spodziewamy się witamin rozpuszczalnych w tłuszczach. I bardzo dobrze! Nie zapominajmy jednak, że w jajkach znajdziemy też witaminy z grupy B i kwas foliowy, również zaliczany do witamin z grupy B (dokładniej witamina B9).

Dlaczego w poście o diecie jajecznej, napisałam że jest to głupota, skoro jak widać, jajka są bogate w składniki, których potrzebujemy, a cholesterolu nie jest w nich wcale tak wiele i osoby zdrowe nie muszą się go bać? Czy mam zamiar sobie przeczyć? Nie, ale pamiętajmy, że wszystko, co jest bardzo monotonne- nie będzie dla nas korzystne. Moją propozycją na zachowanie zasad zdrowego żywienia jest przede wszystkim zdrowy rozsądek i nie popadanie ze skrajności w skrajność. Dlaczego? Bo afery żywieniowe dotyczą chyba wszystkich produktów dostępnych na rynku i nie trzeba szukać spisków. 🙂

Chciałabym wszystkim życzyć wesołych i spokojnych Świąt Wielkanocnych oraz przyjemności ze spożywania świątecznych potraw. 🙂 🙂

 

Dieta Tłusto- Czwartkowa

20180208_122548.png

Nienażarta Niedziela to idealne miejsce na opisanie odczuć dotyczących diety, którą miałam okazję stosować, a że minęło już trochę czasu od Święta, którego na wyspach brytyjskich nie ma wśród rdzennych mieszkańców- można sobie na to pozwolić.

Niby można by takiego dietetyka linczować, ale hej! Blog jest prowadzony z przymrużeniem oka- to po pierwsze, a po drugie- dzięki Nienażartej Niedzieli, Wy nie musicie testować tych diet na sobie 😉 Dzisiejszy post koncentruje się bardziej na ocenie organoleptycznej i odczuciach niż merytorycznej ocenie wybranego jadłospisu, bo wątpię, żeby znalazła się osoba stosująca się do diety Tłusto- Czwartkowej na serio w celu odchudzania.

Drogi pamiętniczku!

Dzień zaczął się od puszystego, pełnego glutenu i miłości do słodyczy (a co myśleliście?! 😀 )- pączka. Ci, którzy śledzą fanpage na Fb wiedzą, że to właśnie dlatego pączka na zdjęciu nie uświadczycie. Był pyszny, tłuściutki i osłodził początek dnia. Nawet za bardzo! Chrupiąca warstwa wierzchnia, spowodowana smażeniem puszystego ciasta w głębokim tłuszczu, z góry polana lukrem i pokryta aromatyczną skórką pomarańczową kusiła odkąd przyniosłam ją z cukierni. Powiem wprost- to było idealne towarzystwo do porannej kawy!

Pamiętniczku, czy pozwoliłabym wszystkim na spożywanie glutenu, wysmażonego na złoty kolor? Rano? Raczej nie, tak duża dawka cukru spowodowała u mnie poczucie zasłodzenia na pierwszą połowę dnia i uczucie ciężkości, które nie opuszczało mnie do obiadu.

Drugie śniadanie pominęłam, bo smażyłam faworki, w niektórych kręgach zwane również chrustami. Co to dało? Tłusto- Czwartkowy obiad 😀

A więc, żeby było różnorodnie, na obiad spożyłam owe, glutenowe, faworki. Znowu porcja glutenu, w głębokim tłuszczu smażona, cukrem pudrem otoczona, serwowana z gorzką herbatą i dużą dozą kontroli nad wielkością porcji. Brzmi prawie jak oda do faworka- jasne! Tłusty czwartek jest raz w roku 😉

A teraz pora na podsumowanie, kolację spożyłam normalną, zdrową! Dlaczego? Bo mimo kontrolowania ilości spożytej energii i tłuszczu ze smażonych pyszności, czułam się ciężko przez większość dnia, a dieta którą wymyśliłam na potrzeby posta nie ma na celu promowania wszelkich firm specjalizujących się w cukiernictwie. Chociaż…? Hello! Gdzie mój przelew?! To co mogę powiedzieć na sam koniec, to pamiętajcie, że nawet na diecie odchudzającej możecie spokojnie świętować tłusty czwartek pączkiem, albo kilkoma faworkami, bo najważniejszy jest we wszystkim umiar, którym moim zdaniem cała dietetyka, nawet ta część- dotycząca żywienia osób zdrowych- się rządzi!

PS polecam się na przyszły rok! 😉

Arginina nie tylko na Walentynki

11088099_441106389381872_922598667_n

Dzisiaj Walentynki, nie żeby to święto było jakoś szczególnie istotne, ale na pewno może mieć wpływ na randkowanie i zaloty, a co za tym idzie- jest szansa na zwiększenie liczby Polaków 🙂 O i właśnie dlatego dzisiaj (nie tylko 🙂 ) o miłosnym wymiarze jedzenia 🙂 Poczytacie trochę o argininie.

Arginina to taki aminokwas, całkiem fajny, jak się zaraz dowiecie. Ale chwila, co to te aminokwasy i po kiego wała są one w jedzeniu? Odpowiedź jest dość prosta. To z nich zabudowane są białka, jak kulturysta z mięśni 😉 Ok o umięśnionych mężczyznach rozmyśla wiele kobiet- ale do celu.

Arginina działa podobnie do viagry, tak więc jak najbardziej nadaje się na bohatera dzisiejszego postu. Dlaczego? Bo są Walentynki, a arginina (jako źródło tlenku azotu) wpływa korzystnie na naczynia krwionośne- rozszerzając je, dzięki czemu krew lepiej dopływa sobie do części ciała. KAŻDEJ CZĘŚCI CIAŁA!!! Tak więc Drogie Panie- wiecie już, że arginina na kolację walentynkową jest jak najbardziej na plus 😉 chociaż ja tam radzę zażywać argininę regularnie. A znajduje się ona w tuńczyku, w czerwonym mięsie i jajach. W orzechach też, ale pamiętajcie, ze zbyt ciężkostrawny i tłusty posiłek będzie hamował jej wchłanianie.

Aminokwasy dzielimy na endogenne (produkowane przez nasz organizm) i egzogenne (czyli te, które musimy sobie dostarczyć z dietą). Arginina, a dorośli- funkcja numer 1- zdecydowanie nasz organizm sobie ją (w jelicie cienkim, z glutaminy i glutaminianu) syntetyzuje, u dzieci- trzeba dostarczyć z dietą. Dlaczego? Bo arginina nie służy tylko wyżej wymienionemu celowi 😉

Arginina zwiększa wielkość i aktywność grasicy, co wpływa na produkcję komórek T- limfocytów biorących udział w odporności organizmu- co jest dość istotne, ponieważ otaczają nas ogromne ilości drobnoustrojów i wiele z nich jest chorobotwórcza, a nasz organizm cały czas walczy o utrzymanie zdrowia 😛 A tak całkiem serio- limfocyty T dzielimy na pomocnicze (Th) i cytotoksyczne (Tc). Te pierwsze pobudzają pośrednio proces tworzenia się przeciwciał i są źródłem limfokin, które aktywują inne limfocyty. Te drugie (Tc) z kolei potrafią zabijać komórki nieprawidłowe. Aaaa byłabym zapomniała- mamy jeszcze komórki Ts, które regulują czynność Tc i Th 😉 Czyli jak widać, nasz aminokwas jest dość ważny, ale o odporności wystarczy na dziś. 🙂

Nasz dzisiejszy bohater jest substratem w syntezie kreatyny i karnityny- nie, nie chodzi o siłkę, a o to że są one wskaźnikami czynności nerek ;), co jeszcze kojarzy mi się z nerkami? Układ RAA (renina, angiotensyna, aldosteron), który odpowiada za utrzymanie prawidłowego ciśnienia krwi. W tym układzie nerki na samym początku produkują reninę, ta z kolei działa na białko produkowane przez wątrobę- angiotensynogen, ten zostaje przekształcony w angiotensynę I, a na nią działa konwertaza płucna (z płuc) i odszczepia fragment łańcucha białkowego- co będzie prowadziło do powstania angiotensyny II. Dzięki temu wzrasta nasze ciśnienie. Wiem, nie jest to jasne dla wszystkich, ale jak padnie ten układ to ciśnienie tętnicze też pada- tak najprościej mówiąc. A arginina sama w sobie ma wpływ na syntezę  tej ostatniej substancji- angiotensyny II (powoduje podniesienie ciśnienia), więc gdyby jej nie było mogłoby by być trudno o utrzymanie prawidłowego ciśnienia krwi.

Skoro już jesteśmy przy nadciśnieniu tętniczym- to myśli się o tym, aby argininę wykorzystać w jego leczeniu, z resztą nie tylko w nadciśnieniu. W Polsce wykorzystuje się ją przy ochronie wątroby i wspomaganiu jej funkcji. Mówi się też, że ten aminokwas może być wykorzystywany w leczeniu chorób układu krążenia, bo naukowcy uzyskiwali całkiem dobre wyniki.

Mówi się, że argininę można śmiało wykorzystać w leczeniu cukrzycy, bo jej niedobór może prowadzić do zaburzeń produkcji insuliny i tolerancji glukozy, ale sam mechanizm leczenia argininą nie został jeszcze poznany, ale na pewno warto prowadzić badania związane z udziałem argininy w leczeniu cukrzycy.

Z takich ciekawostek, mogę jeszcze Wam podpowiedzieć, że arginina dodawana do past do zębów, prawdopodobnie ma korzystny wpływ na nasze zęby, gdyż podobno dezaktywuje ona aktywację kwasów pochodnych z przetwarzania węglowodanów przez bakterie próchnicotwórcze- co oznacza, że może chronić nasze ząbki przez próchnicą.

PS a wiedzieliście, że arginina może poprawić i przyspieszyć działanie ibuprofenu? Tego popularnego niesteroidowego leku przeciwzapalnego? 🙂 Ale uwaga, bo NLPZ mają niezbyt korzystny wpływ na przewód pokarmowy 😛

PS na kolację walentynkową można zaserwować wołowinę po burgundzku, sałatkę nicejską, czy jakieś inne fajne danie 😉 Ważne jest nie tylko co jemy, ale też atmosfera, w jakiej ten posiłek spożyjemy 🙂

Odchudzanie potraw- hit czy kit

13815117_1378930932124137_1057359335_n

Jest lato, jest gorąco i aż nie chce się jeść. Nie będziemy pisać o tym, że regularne spożywanie posiłków uważamy za istotne, ale rozumiemy też że jak temperatura na zewnątrz przekracza pewne normy- odechciewa nam się jeść. Jak więc ładować białka, tłuszcze i węglowodany? Ciężko powiedzieć. U jednych sprawdzą się sałatki, u innych koktajle, a jeszcze inni zainteresują się przyjemnym letnim obiadkiem z warzyw, szczególnie tych sezonowych, popity kompotem. Nie będziemy Wam rzucać propozycji, bo każdy z nas ma swoje preferencje 😀.

Z naszego punktu widzenia ważne jest to, że latem często mamy ochotę odchudzać nasze potrawy, bo bardzo tłuste nie zawsze się sprawdza. Odchudzanie potraw zrób to sam! Mały poradnik dla tych, którzy chcą zmienić co nieco w diecie, niewielkim kosztem. Czy ma sens? O tyle, o ile samo odchudzenie potrawy nie jest niczym złym, tak schizowanie, że wszystko ma być odchudzone już dobre nie będzie. Ale do celu. Są produkty, które można zmienić w sposób mało dla nas inwazyjny.

Odchudzanie zupy (tak, czasem niektóre osoby odchudzają zupę) polega głównie na zaklepaniu jej jogurtem lub mlekiem, zamiast użycia śmietany. Częściowo się z tym zgadzamy, bo są osoby które do zaklepania jarzynowej używają kremówki, a można to zrobić śmietaną mniej tłustą, albo właśnie jogurtem. Jaki jest plus? Przy mleku smak nadal będzie delikatny, a jogurt świetnie się sprawdza zamiast kwaśnej śmietany. Czy widzimy w tym coś złego? Niekoniecznie, jogurtu możemy też użyć z powodzeniem przy gotowaniu sosu, chociaż nam sos grzybowy na śmietanie smakuje lepiej- i nie, nie zabije nas odrobina sosu śmietanowego, bo pamiętajcie, że na tym blogu raczej stawiamy na zdrowy rozsądek, a nie próba dziwnego dążenia do wyidealizowanych celów.

Mięso można odchudzić w bardzo prosty sposób i też bardzo intuicyjne wybierany przez osoby odchudzające się. Mięso gotujemy, albo grillujemy. Możemy też piec w folii, albo dusić w wywarze.

Węglowodany! Ludziom często się wydaje, że aby schudnąć węglowodanów się nie spożywa. Otóż to nie prawda i czasem naprawdę ciężko zrozumieć, że niektórzy odrzucają kaszę, makaron, ryż, czy ziemniaki (ok. Ziemniaki to sporny temat, ale wiecie- raz w tygodniu też się nic nie stanie, a do fasolki szparagowej, albo kalafiora nie ma nic lepszego niż ziemniaki z koperkiem). Dieta bez węglowodanów nie do końca ma sens. I żeby nie wypowiadać się stricte na temat samych węglowodanów, bo komentarzy byłoby co nie miara (a może to jednak dobry sposób na zdobycie fejmu? Nawet tego złego? 😀 ) wspomnimy Wam o tym, że źródła węglowodanów- kasza, ryż, makaron (ciemne oczywiście) i dobrej jakości chleb są też źródłem błonnika, który przy odchudzaniu jest jak najbardziej sprzyjający osiągnięciu celu. Błonnik jak wiadomo nie jest przez nas trawiony, bo sytuacja ma się tak, że nasz organizm nie ma enzymu rozkładającego błonnik. Wpływa za to korzystnie na pracę przewodu pokarmowego i przez to że pewne frakcje błonnika działają na jelita jak szczotka- czyści świetnie to, co bywa pomijane.

Jak węglowodany to i fruktoza, a jak fruktoza to i owoce. Owoców nie trzeba odchudzać, bo owszem cukier zawierają, ale są też źródłem błonnika i składników mineralnych. Polecamy jeść bez bitej śmietany i tony posypek- można uznać za odchudzone. Warto też pamiętać o tym, że lepiej zjeść umyte świeże owoce niż wypić sok.

Po owocach pora na warzywa. No tych gwiazd przedstawiać Wam nie będziemy. Świetne na surowo, gotowane, pieczone i z grilla. O a propos grilla. W sumie całkiem fajna aktywność uprawiana, jak na zewnątrz jest ciepło. Grillować trzeba umieć- o tym jeszcze kiedyś napiszemy 😀.

Orzechy, suszone owoce- co z nimi? W granicach rozsądku i też będzie ok. Orzechy, jako źródło składników mineralnych, białka roślinnego i tłuszczu roślinnego są fajną przekąską, co ważne żeby nie były obsypane panierką i solą- a naturalne. Naturalność zawsze się ceni, nie tylko w wyglądzie a i w diecie nie zaszkodzi. No i ilości- garść, a nie cała torba moi mili. Garść!

Ok. W skrócie- odchudzanie potraw najczęściej będzie tyczyć sosów i mięs, owoce dorzuciłyśmy w gratisie. Pamiętajcie, że wszystko jest ok, jeśli robimy to z głową i nie zawsze warto odchudzać wszystkiego. I jeszcze jedno- ryby gotowane też są spoko, pod warunkiem, że są dobrze przyprawione i ugotowane w sosie, bo naszym zdaniem gotowanie nieprzyprawionych ryb w wodzie można uznać za zbrodnię 😀 Wracając do meritum- i białka i tłuszcze i węglowodany są nam potrzebne, więc pamiętajmy o tym przy odchudzaniu potraw. Nie zawsze mniej znaczy więcej. Buziaki

Dlaczego poddajemy się dietom znalezionym w internecie

dobra fotka

Kiedy dzieci świętowały zakończenie roku szkolnego, sezon wakacyjny rozpoczął się na dobre. Warto przypomnieć sobie nie tylko same diety znalezione w Internecie, ale i sam mechanizm, jaki stoi za naszą gotowością do wypróbowania nowego znaleziska.

Nazwa niby się kiedyś obiła o uszy, niby dobrze znana, niby wiemy o co chodzi, ale nie potrafimy tego obejść. No właśnie konformizm. Co z nami jest nie teges, że dajemy się zamknąć w klatce z innymi? Czy ten sam mechanizm, który sprawia, że kupujemy określoną sukienkę, odpowiada za naszą dietę? Tak może być! Przecież konformizm oznacza, że podporządkowujemy się temu, co sądzi i jak postępuje grupa. Podporządkowanie w necie to rzecz powszednia. Kojarzycie najbardziej znane stronki w necie? Pewnie tak. Wiele osób na nie wchodzi, więc i my nie chcemy czuć się gorsi. I czytamy, czytamy i czytamy (ok. może bardziej przeglądamy!).

Z dietami jest podobnie. Czytanie o tym, że najnowsza dieta jest reklamowana przez kilka gwiazd i kilku celebrytów, a jak wiadomo- oni doskonale znają się na wszystkim! Nie chcemy wyjść na gorszych.

Kolejna sprawa! Spróbuj wejść człowieku do środowiska wegetarian, jako mięsożerca. Udało się? Brawo! Jeszcze Cię nie zagryźli. Wiadomo, że nie wszyscy wegetarianie to terroryści żywieniowi, ale jest pewna grupa, która znacznie się wyróżnia. I to oni budują wegetarianom czarny PR. Skąd to wiemy? Mamy znajome wegetarianki i wegetarian i ci nie plują nam w twarz na widok kurczaka w pojemniku, nie zrywają z nami kontaktu, bo jemy mięso i co ważne- nie krytykują nas, ani my ich 😀

Ok, ale wracając do dietkowania czyimś sposobem.  Jak ktoś nam poleca dietę, albo widzimy, że ta dieta działa na kogoś, kogo znamy- to oznacza jedno: dieta działa! To, co stosuje X jest super, bo jej/ jemu udało się schudnąć bez wysiłku, albo przy wysiłku niewielkim. Dlaczego tak jest? Dlatego, że lubimy rzeczy sprawdzone. Jak robimy pierogi- dzwonimy do babci, bo jej są najlepsze, jak grochówkę- do mamy, bo wychodzi idealna. No właśnie. Lubimy sięgać po sprawdzone rozwiązania, więc dlaczego z odchudzaniem ma być inaczej? Hmm… Może dlatego, że każdy z nas jest inny i jedna osoba świetnie będzie się czuła na kurczaku i twarogu, a druga przechodząc na wege. Jedna osoba świetnie odnajdzie się w gotowaniu wielokrotnie złożonych potraw, inna wybierze jogurt z płatkami owsianymi i mrożonymi owocami, bo szybko. Zawsze w gotowej diecie może znaleźć się coś, co utrudnia jej stosowanie. Pamiętajmy, że nie każdy z nas zje też rybę gotowaną w sosie cytrynowym, bo mimo że brzmi pysznie- są osoby, które ryby w ogóle nie zniosą.

Co więcej można powiedzieć? Mówi się, że tonący brzytwy się chwyta. Wyobraźcie sobie, że do dnia, w którym trzeba zaprezentować się nowej; szczuplejszej; odsłonie zostało niewiele czasu. Oznacza to, że będziemy szukać szybkich rozwiązań, a w necie jest wszystko. Nawet takie, które gwarantują zgubienie kilkunastu kilogramów w ciągu miesiąca. Wpadamy jak ryby w sieć rybacką i zastanawiamy się jaka to świetlana przyszłość nas czeka. A że internet to bardzo bogate miejsce- możemy wybierać jak w markecie. Patrzymy tylko co da nam szybsze, lepsze efekty, po czym decydujemy się na katowanie samej siebie w imię pięknej sylwetki. Co ciekawe, im mniej zdrowa dieta- tym więcej wychwalających komentarzy 😀 No cóż.

Przyczyn zapewne jest więcej, ale nie chcemy zanudzać Was tysiącem przyczyn, dla których decydujemy się na zastosowanie diet znalezionych w sieci. Jasne, być może część by Was bardzo zainteresowała, ale pamiętajmy, że raczej nikt z Was nie dotarłby do tego miejsca. J Pozdrawiamy Was cieplutko i życzymy nie złapania się w sieć katorżniczej diety. Zapraszamy do komentowania- może macie jakieś swoje przyczyny, dla których jesteście w stanie zdecydować się na diety znalezione w internecie.

Zioła

15979004_827934357344632_1734033499_n

Zdjęcie: Ewa Karasińska

Zioła tak po prostu to temat dzisiejszego posta. Trochę o historii, trochę o tym co mamy w kuchni. No cóż może kiedyś to będzie potężna seria 🙂

Od Sumerów, którzy dość chętnie korzystali z mięty, rumianku czy piołunu, przez średniowieczne stosy czarownic i trucizn, aż po dzisiejsze próby stosowania marihuany i czystka na wszelkie schorzenia tego świata. Jak to jest z tymi ziołami, warto czy nie warto? Jest sens? A może stosowanie leków galenowych (bo tak możemy nazwać napary, nalewki i mazidła) będzie nam szkodzić? No cóż to dość długi temat, ale zajmijmy się początkami leczenia chorób.

Ok. 5000 lat temu Sumerowie poznali lecznicze właściwości czosnku, mięty czy rumianku. Piołunu też używali, bo dlaczego by nie. Hmm, pewnie absynt pędzili, jak Polacy bimber. Na masową skalę znaczy 🙂 Później przyszedł czas na Hipokratesa, który bardzo ładnie opisał rośliny lecznicze w Corpus Hippocratium. Opisanych chwastów było ok. 200 i w sumie, jak na tamte czasy, to nauka całkiem prężnie się rozwijała, bo googla i wikipedzi jeszcze nie było.

Potem był Galen, ale ten to pojechał już ładnie, bo opisał takich roślin ok. 400 i dorzucił metody przygotowywania tychże roślinek jako formy leku. Jego przepiśnik zawierał sposoby przygotowania maceracji i nie, nie było to trzymanie zioła pod materacem, bo materace nie były wtedy jeszcze znane (chyba, chociaż? kto wie? meblami się nie zajmujemy 🙂 ). Maceracje to był wyciągi z ziół tworzone w temperaturze pokojowej. Galen proponował też soki, czy syropy, wyciągi, napary, czy odwary. W skrócie część z nich do dziś jest dostępna do użytku codziennego, więc Galena można uznać za takiego dobrego wujka dzisiejszych leków. Dopiero świat Arabski wprowadził tak lubianą przez nas destylację, ale Arabowie tworzyli już pigułki, olejki czy wody aromatyczne. I nie, nie wiemy czy charakterystycznie pachnąca woda brzozowa była przez nich używana 🙂 Ale tak serio, goździki, cynamon, czy imbir możemy zawdzięczać właśnie im.

Idąc dalej zaczynamy wkraczać już w zakony, bo to właśnie Benedyktyni uprawiali zioła i wytwarzali z nich wyciągi, maści i leczyli nimi ludzi. Dopiero później powstały pierwsze apteki i zielniki, wiedza na temat leczenia się rozpowszechniała, bo zielnik to nie było byle co. Wiecie, szacun na dzielni- te sprawy. A potem urodził się taki pan, Paracelsus, chciał on wyizolować z rośliny to, co leczy. Dzięki temu panu zaczęto, o wiele później, wybierać substancje leczące z roślin. Później za dalekimi wodami znaleziono zupełnie inne zioła i ziołolecznictwo się kręciło. Dzisiaj historia zatacza krąg i powoli ludzie odchodzą od farmakologii, a skłaniają się ku leczeniu naturalnymi metodami.

Nie zawsze jest to bezpieczne, bo zioła trzeba potrafić stosować i nie, nie chodzi o mega umiejętności polegające na zaparzeniu rumianku, czy mięty pieprzowej. Głównym niebezpieczeństwem są glikozydy nasercowe, których granica między dawką bezpieczną, a tą niebezpieczną jest bardzo cienka i łatwo z nimi przesadzić. Pamiętajmy, że nie wszystko co uważamy za dobrodziejstwo można stosować bezmyślnie.

Poza glikozydami, mamy jeszcze ziółka stosowane przez większość na co dzień. Mówimy tutaj o popularnej mięcie pieprzowej, którą chyba każdy ma gdzieś upchniętą w szafce kuchennej. Zawiera olejki eteryczne, które wspomagają trawienie po ciężkim posiłku i nie tylko. Działa w niestrawności i działa kojąco.

Miętę kojarzymy głównie z tego, że parzymy z niej herbatkę. Są zioła, które też są przez nas używane, a nie każdy kojarzy je z leczeniem dolegliwości. Do takich należy majeranek dodawany przez nas do potraw ciężkostrawnych, mięsnych. Majeranek dobrze się tam sprawdza, bo pobudza wydzielanie soku żołądkowego, przez co łatwiej trawi się to, co wcześniej było ciężkostrawne. I nie, nie oznacza to, że potrawa bo dodaniu majeranku będzie całkiem łatwostrawna J Majeranku można też używać przy przeziębieniu, bo to ziele, żeby nie napisać zioło; działa przeciwzapalnie i hamuje kaszel.

To tyle na dziś. Na pewno wrócimy kiedyś do opisania ziół nieco szerzej, bo to interesujący temat. I pamiętajcie- ten post nie jest po to, aby Was odwieść od stosowania ziół, ale pamiętajcie, że wszystko z głową.

Dieta Gersona

13815117_1378930932124137_1057359335_n

Dieta Gersona, a właściwie terapia Gersona to podobno remedium na nowotwory i inne choroby wszelkiej maści. Prezentujemy Wam jedną z naszych prac zaliczeniowych, bo i te mogą czasem wnieść coś na bloga i nie zawahamy się ich w tym celu użyć 🙂 Jak sami doczytacie coś co ma być bombą witamin wymaga suplementacji… witaminami. I nie tylko!

W XX wieku dr Max Gerson opublikował artykuł, w którym opisywał zalety diety wegańskiej. W następnych latach pojawiła się książka „A Cancer Therapy: Results of 50 Cases”, w którym zostały opisane metody Gersona na walkę z nowotworami. Dietoterapia, jakiej używał Gerson to nic innego, jak stosowanie diety wegańskiej surowej z suplementacją składników odżywczych i oczyszczającymi lewatywami z kawy. W pierwszej fazie stosowania diety spożywa się duże ilości soków i nieco mniejsze ilości sałatek warzywnych. Warzywa i owoce stosowane w terapii powinny być ekologiczne, ponieważ nie zawierają tak dużych ilości zanieczyszczeń chemicznych, jak w przypadku uprawy konwencjonalnej. Na początku terapii zaleca się nawet do 13 szklanek soku dziennie.

W związku z tym, że dieta jest bardzo niedoborowa Gerson zalecał uzupełnienie niedoborów przez stosowanie suplementacji. Suplementacja zalecana w terapii opiera się na stosowaniu składników mineralnych i witamin, co jest wskazane ze względu na niedoborowość diety. Zwolennicy diety Gersona stosują płyn Lugola w celu wyrównania równowagi antyoksydacyjnej organizmu. Gerson nie zaleca jednak stosować większych ilości niż 5 kropli płynu na dobę u pacjentów korzystających z chemioterapii. Sole potasowe również są zalecane w terapii nowotworów według Gersona. Ma to na celu zniwelowanie odwodnienia organizmu spowodowanego przez lewatywy z kawy. Zalecana jest także suplementacja pepsyny, która jest enzymem produkowanym przez żołądek, odpowiedzialnym za rozkład białek polipeptydowych. Gerson zaleca stosowanie pepsyny przy piciu dużych ilości soków. Ma to na celu ułatwienie trawienia soków. Autor diety zaleca stosowanie suplementów witaminy B3. Pacjenci przez ok. pół roku są proszeni o stosowanie zwiększonych dawek niacyny. Ma to na celu wyrównanie niedoborów. Niemniej jednak Gerson zaleca przerwanie suplementacji witaminą B3 przy wystąpieniu krwawienia i menstruacji. Pankreatyna, wspomagająca funkcje trzustki jest zalecana pacjentom nowotworowym w terapii Gersona. Do enzymów trzustkowych należą między innymi amylazy, lipazy i proteazy rozkładające odpowiednio węglowodany, tłuszcze i białka. Nie jest to do końca zasadne, ponieważ spożywanie niewielkich ilości białka i tłuszczu sprawia, iż suplementacja enzymów rozkładających te składniki nie ma sensu. Olej z siemienia lnianego jest jednym z ciekawszych suplementów używanych w diecie Gersona. Należy podkreślić, iż olej lniany zawiera kwasy tłuszczowe omega 6 i omega 3 w proporcjach 1:1, co ma korzystny wpływ na zdrowie człowieka. Odpowiednie spożycie nienasyconych kwasów tłuszczowych wpływa na zmniejszenie ryzyka wystąpienia choroby wieńcowej, czy miażdżycy. Witamina B12, która jest również zalecana przez Maxa Gersona jest istotnym elementem terapii, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, iż jest to niedoborowy składnik w diecie wegańskiej. Witamina ta bierze udział w metabolizmie węglowodanów i tłuszczy, wchodzi w skład elementów morfotycznych krwi i jest niezbędna do tworzenia osłonek nerwowych, a metabolity kobalaminy uczestniczą w degradacji niektórych aminokwasów i kwasów tłuszczowych. Kolejną suplementowaną witaminą w tej diecie jest witamina C podawana w dużych dawkach, głównie ze względu na jej działanie antyoksydacyjne. Jest to istotne w przypadku chorób nowotworowych, biorąc pod uwagę fakt obecności wolnych rodników. Do innych suplementów w terapii Maxa należą węgiel aktywowany (jako środek na nudności), chrom (przy początkach terapii), czy amigdalina- potocznie zwana witaminą B17- rozpowszechniona jako środek działający przeciwnowotworowo.

Mimo przestrzegania diety surowej, wegańskiej, terapia pozwala na spożycie zupy. Zupa składa się z warzyw gotowanych w ich własnym sosie. Jest ona zalecana do spożycia jedynie raz dziennie. Gerson nie zaleca nadmiernego przyprawiania potrawy.

Jako, że podstawą terapii jest dieta wegańska, należy się skoncentrować na jej stosowaniu do końca życia, a nie tylko przez okres leczenia. Wbrew wszelkim zasadom zdrowego żywienia, Gerson podkreśla, iż zbilansowana dieta nie jest podstawą profilaktyki chorób nowotworowych. Jak podkreśla autor, stosowanie tej diety może zabezpieczać zarówno przed  wystąpieniem, jak i nawrotami choroby nowotworowej. Jak podkreśla autor, leczenie nowotworów może odbywać się wtedy, kiedy organizm jest oczyszczony. W tym celu stosuje się lewatywy z ekologicznie uprawianej kawy.

Przykładowy jadłospis

Śniadanie: Szklanka soku pomarańczowego, płatki owsiane 50g na wodzie z jabłkiem 1 sztuka, kromka chleba żytniego                 390kcal, 9g białka, 4g tłuszczu, 75g węglowodanów

Obiad: sałatka z jabłka i marchewki (po 1 sztuce), zupa z przepisu Gersona (200g), szklanka soku jabłkowego, ziemniak pieczony, grejpfrut 1 sztuka

538kcal, 9.8g białka, 1g tłuszczu, 118g węglowodanów

Kolacja: taka sama, jak obiad, z tym, że raz w tygodniu można zastosować brązowy, ekologiczny ryż, albo pieczonego batata. (wyliczenia dla batata, zamiast ziemniaka)

542kcal, 9g białka, 1g tłuszczu, 123g węglowodanów

Jak widać dieta jest ubogoenergetyczna (1470 kcal), ubogotłuszczowa (nie został wliczony olej lniany, ponieważ nie było go w żadnym z przepisów zaprezentowanych w jadłospisie) i ubogobiałkowa. W diecie jest jedynie 27,8g białka i 6g tłuszczu. Nie jest to wartość uznawana przez IŻŻ i WHO, jako wartości zdrowe.

Spożywanie jedynie surowych warzyw i owoców może prowadzić do niedoborów pokarmowych, występujących głównie z braku witaminy B12 w produktach pochodzenia roślinnego, sprawia to, że weganie powinni się suplementować tym składnikiem, ponieważ jest on odpowiedzialny w organizmie za tworzenie morfotycznych elementów krwi, tworzenia osłonek nerwowych, degradacji kwasów tłuszczowych i aminokwasów, czy metabolizmie węglowodanów i tłuszczy. Są to niezwykle ważne funkcje, których zaburzenie będzie skutkowało poważnymi konsekwencjami dla zdrowia. Zapotrzebowanie na ten składnik nie jest duże, bo ok. 1,8 mikrograma na dobę, natomiast jego niedobór jest niebezpieczny.

W przypadku diety opartej tylko na pokarmach pochodzenia roślinnego należy skoncentrować się również na niedoborze wapnia. Mimo iż ten składnik jest obecny w produktach roślinnych- jego wchłanianie nie jest tak dobre, jak w przypadku nabiału. Z tego powodu należy zwrócić uwagę na to, aby weganie spożywali ciemnozielone warzywa, jak kapusta, czy jarmuż, brokuły, a także szpinak. Dostępne weganom fortyfikowane w wapń produkty, jak mleko sojowe nie są dostępne w diecie Gersona, ponieważ soja sama w sobie nie jest uznana za produkt zdrowy. Przyczyną tego faktu, jak podkreśla Charlotte Gerson; córka Maxa Gersona- również zajmująca się dietoterapią chorób nowotworowych; jest wysoka zawartość tłuszczu. Prawda jest taka, że soja zawiera ok. 20g tłuszczu na 100g produktu. Ilościowo więcej w niej białka i węglowodanów, których ilość rozkłada się odpowiednio 36g i 20g w 100g produktu. Oczywiście procentowy rozkład energii z poszczególnych składników odżywczych będzie się różnił, jeśli by się skoncentrować na energii pochodzącej z białek, tłuszczu, czy węglowodanów. Niemniej jednak z punktu widzenia zbilansowanej diety spożywanie soi nie jest błędem.

Soja nie jest również mile widzianym produktem u osób będących na diecie Gersona, ponieważ zawiera inhibitory wchłaniania składników odżywczych z pożywienia. Są to fityniany, lektyny i białko sojowe, samo w sobie.

Kwas fitynowy, który został jako pierwszy wymieniony na liście, jest inhibitorem wchłaniania składników mineralnych, a nadmiar fitynianów w posiłku może znacznie zaburzyć wchłanianie żelaza, wapnia, manganu, magnezu, cynku, potasu i sodu z przewodu pokarmowego. Oczywiste jest, że nadmiar roślin strączkowych, które ten składnik zawierają, może negatywnie wpłynąć na wchłanianie składników mineralnych. Niemniej jednak, należy pamiętać, że weganie są narażeni na niedobory żelaza, głównie ze względu na fakt, iż nie spożywają oni pokarmów zawierających żelazo hemowe, takich jak mięso i podroby. Ta sama sytuacja ma miejsce w przypadku wapnia, którego pacjenci na diecie Gersona nie spożywają w najbardziej dostępnej formie (nabiał). Należy pamiętać, iż kwas fitynowy nie jest substancją wytrzymałą na moczenie i gotowanie, tak więc namoczenie nasion roślin strączkowych i ugotowanie ich powinno zniwelować ten efekt.

Białko sojowe jest różnie postrzegane przez badaczy. Max Gerson był sceptycznie nastawiony do białka ogólnie, w jego zaleceniach znajdziemy ograniczenie białka, stąd też sceptycyzm dotyczący samego białka sojowego. Zwolennicy obecności białka sojowego w diecie podkreślają, iż produkty sojowe korzystnie wpływają na obniżenie poziomu cholesterolu we krwi.

W diecie Gersona nie zaleca się stosowania nie tylko suchych, bądź przegotowanych nasion roślin strączkowych, ale i wyklucza się stosowanie tofu oraz innych przetworów sojowych. Głównie ze względu iż są one pokarmami przetworzonymi i zawierają duże ilości soli, co nie jest zalecane.

Suszone owoce nie należą do pokarmów, które powinny być stosowane na diecie Gersona, ponieważ są one konserwowane siarczynami i mogą być pokryte olejem. Z tego względu Gerson zaleca ich odstawienie. Z diety należy również wykluczyć również ogórki i ananasy, ponieważ te pierwsze są ciężko trawione przez organizm. Te drugie z kolei, zawierają duże ilości związków aromatycznych. Nie zapominajmy, że ograniczenia dietetyczne w terapii Gersona odnoszą się także do spożywania awokado, które jest bogate w kwasy tłuszczowe. Orzechy są wyeliminowane z diety ponieważ zawierają stosunkowo dużą zawartość kwasów tłuszczowe, które mogą zakłócać bądź hamować procesy leczenia. Wyjątek stanowi nienasycony kwas tłuszczowy Omega 3 gdzie dieta ta dopuszcza bogaty w ten rodzaj kwasu tłuszczowego  olej lniany w niewielkich ilościach w ściśle dobranych dawkach. Faktem jest, że olej lniany zawiera największe ilości kwasów n-3 ze wszystkich olejów. Orzechy, także bogate w kwasy tłuszczowe nie są zalecane w terapii, ponieważ są one traktowane jako wysokokaloryczna przekąska. Jednakże jest ona bogata w składniki odżywcze takich jak niezbędne nienasycone kwasy tłuszczowe, białko, błonnik pokarmowy, tokoferole, fitosterole, związki fenolowe. WHO zaleca, aby tłuszcz stanowił 15-30% zdrowej diety, w tym 6-11% z WNKT, aby  zapewnić odpowiednią energię pożywienia oraz niezbędny jest do wchłaniania witamin rozpuszczalnych w tłuszczach. Orzechy są bogatym żródłem kwasów tłuszczowych zawierają one zarówno jednonienasycony kwas tłuszczowy oleinowy ( orzechy laskowe 81% i makadamia 65%) oraz wielonienasycone kwasy tłuszczowe z rodziny Omega 6 (orzech włoski 57%) oraz Omega 3 ( orzech włoski 12%). Orzechy są również dobrym źródłem białka. Jakość białka określa się na podstawie dostępności i w odpowiedniej proporcji aminokwasów egzogennych. Pełnowartościowe białko zawierają pistacje oraz migdały. Orzechy są posiadają w swoim składzie game składników mineralnych oraz witamin. W tym żelazo, magnez, fosfor, cynk oraz witamin z grupy B ( poza Witaminą B12) w tym B1( tiamina), B6. Zawierają również witaminę E w szczególności orzechy laskowe i migdały, których porcja 42 g zapewnia 100% zalecanego dziennego spożycia u dorosłego mężczyzny oraz K w szczególności orzech piniowe.

Poza wyżej wymienionymi nie należy również stosować wody w większych ilościach, ponieważ może ona zawierać znaczne ilości fluoru, a ten może być toksyczny, soli, marynat i przypraw bogatych w substancje aromatyczne, przetworzonej żywności, w tym wyrobów cukierniczych, mąki, produktów w puszkach, lodów, cukru, słodyczy, nabiału, mięsa, kawy, kakao i herbaty.

Nie należy zapominać, że diety nie powinny stosować osoby z chorobami przewodu pokarmowego (np. wrzody, nieswoiste zapalenia jelit- Colitis ulceroza, choroba Leśniowskiego- Crohna), które wymagają diety łatwostrawnej. Ze względu na dużą ilość surowych warzyw i owoców, oraz produkty mogące podrażnić zarówno wrażliwy w tych chorobach przewód pokarmowy. Osoby będące świeżo po zabiegach w obrębie jamy ustnej także powinny zrezygnować ze stosowania diety, ponieważ kwasy zawarte w sokach mogą podrażnić świeże rany. Osoby z mukowiscydozą również powinny się wystrzegać tej diety, ponieważ jest ona niskoenergetyczna i niskobiałkowa, co jest przeciwieństwem zaleceń do tej jednostki chorobowej. Należy pamiętać również, że przeciwwskazaniem będzie niedokrwistość, stwardnienie rozsiane, czy wyniszczenie organizmu- zarówno chorobą nowotworową, jak i trudnym jej leczeniem.

Jak to jest studiować dietetykę

DSCN1546

Maturzyści strzeżcie się, bo przed Wami egzamin dojrzałości w tym roku, bo to już tuż tuż. 🙂 Dzisiaj jako ciekawostkę opiszemy Wam pokrótce studia dietetyczne, bo drodzy Maturzyści- teraz śmieszkujecie, bo studniówki, ale za chwilę nie będzie Wam tak wesoło 😀 (ale my demonizujemy egzamin dojrzałości :D) Szczerze mówiąc, z reguły na tym etapie większość z Was (my kiedyś też) zastanawia się na jaki kierunek się wybrać. I pewnie niektórych skusi dietetyka. Czy warto? Czy łatwo się dostać?

Dostać się na dietetykę nie tak ciężko. Zależy w sumie od uczelni, bo na prywatnych nie ma większej (albo w ogóle) selekcji kandydatów. Schody dla tych co się dostali mogą zacząć się już na pierwszym semestrze, gdzie najczęściej upycha się najciekawsze (taaa) przedmioty, jak anatomia, czy fizjologia. Do tego genetyka, biofizyka, żywienie i zdrowie publiczne, do wyboru do koloru 😀 Jak na każdym kierunku i jak w każdej szkole będziecie mieć bardziej ulubione przedmioty, te mniej ulubione też będą. Wszystkie trzeba zdać. Nauki jest sporo, bo większość z tych przedmiotów to podstawy do dalszej nauki o żywieniu człowieka. W końcu wypadałoby wiedzieć, gdzie człowiek ma trzustkę, a gdzie mózg. Chociaż anatomii nie znoszę, a samo słowo egzamin z anatomii wzbudza we mnie niezbyt przyjemne uczucia, to warto coś o niej wiedzieć. Jak to bywa w życiu jedno łączy się z drugim, więc przejdźmy do fizjologii, która z anatomią ma wiele wspólnego. Jeden z moich (o zgrozo!) ulubionych przedmiotów na studiach. Fizjologia dla mnie była logiczna i przyjemna, nie to co anatomia. Na fizjologii można coś połączyć, porozkminiać- na anatomii? Wykuć! Z fizjologią łączy się jeszcze patofizjologia, która też jest omawiana, więc całkiem fajnie się tego uczy :). Genetyka straszna nie była, też całkiem fajna. Ekologia? Jak ktoś lubi, to może być fajna, mnie tam nie wciągnęła jakoś specjalnie, chociaż wykłady były spoko :D.

Z tego, co pamiętam mieliśmy jeszcze mikrobiologię, całkiem fajny przedmiot, ale dużo pamięciówki. Nie dało się przyjść na egzamin nieprzygotowanym, bo materiał był bardzo obszerny i samym rozkminianiem, co by tu odpowiedzieć, by człowiek nie zdał. Pamiętam jeszcze chemię ze studiów- ogólną i żywności, obie fajne, bo chemię uwielbiam i nic nie jest w stanie mi jej obrzydzić ❤ Żywienie, jak żywienie- sami się domyślacie o czym przedmiot był 😀 Do żywienia na pewno była jeszcze edukacja żywieniowa, bo warto żeby dietetyk potrafił co nieco bliźniemu wytłumaczyć :D. A co do bliźnich, na studiach spotkacie się z demografią.  Ło matko, nie moje klimaty to były 😀

Drugi rok minął nam chyba pod znakiem przedmiotów medycznych i analizy żywności, to po trosze Wam o nich wspomnę. Jako pierwsza przypomina mi się dietetyka kliniczna, ta w chorobach, wiecie. Materiału dużo, ale ciekawie podany, na prawdę dało się przyswoić i mimo, że na egzaminie się zamotałam, to zalecenia znacznej części chorób pamiętam do dziś. Pamiętam wywiady z rodzicami na terenówkach i nasze jadłospisy dla osób chorych ❤ Pamiętam też pediatrię, ojj dużo było o dzieciach, dużo. Pamiętam też internę, chirurgię, endokrynologię, onkologię, ginekologię i kardiologię 😀 Było trochę nauki, szczególnie z endokrynologii i kardiologii. Interna też ma swoje tematy 😀 Jeśli chodzi o technologię- fajny przedmiot i pogotować można było. Pamiętajcie, że studenty są głodne i najeść się lubią, więc zajęcia były na plus. A tak serio, wiele przydatnych informacji się tam znalazło 🙂 Nie każdy wie, jak sprawdzić, czy producent śmietany nie zrobił Was w mleczko w proszku, a my już wiemy, albo który sok ma więcej witaminy C, świeżo wyciśnięty, czy z kartonu 😀 haha kiedyś musimy Wam jakiś quiz wymyślić. Bo my to wszystko na zajęciach sprawdzaliśmy 😀 Pamiętam, że była jeszcze biochemia, ojjj dużo by pisać :O, ziołolecznictwo- o tym następny post i farmakologia. Ojj, tutaj to zakuwaliśmy.

Z takich bardziej zakuwanych przedmiotów to jeszcze była diagnostyka laboratoryjna na pewno. Też przydatna, nawet dla siebie. Paczenie nawet na zwykłą morfologię się poprawia, bo wiesz człowieku, co te literki i cyferki oznaczają bez używania googla- jaki mądry się człowiek wtedy czuje, to szok i niedowierzanie. 😀

Dalej nie pamiętam, ale większość już na pewno macie. Ze względu na to, że poszłam w stronę psychodietetyki miałam dużo psychologii na trzecim roku. Zaburzenia odżywiania, reklamy produktów spożywczych, zachowania żywieniowe, te sprawy. Ciekawe klimaty i niektóre licencjaty też poszły w tę stronę. Tak więc, już wiecie chyba na co chcecie się pisać (o ile chcecie). Nie pamiętam wszystkich przedmiotów, ale to większość, więc zarys jest. A teraz drodzy Maturzyści, mamy nadzieję, że na studiówkach wytańczyliście już wszystkie lata liceum 🙂 3majcie się.